:: k o m p u t e r ::   :: m u z y k a ::   :: f i l m ::   :: c z y t e l n i a ::  
  :: w w w . z a l o g a g . n e t ::  
 
NetArt - www.serwery.pl - reklama

 
  69  
C Z Y T E L N I A
  poprzednia strona : spis tresci : następna strona 
 


Uśpione archiwum [ fragment ]
 
p r e z e n t a c j a
Słowo od wydawcy
 

    Pewnego dnia ni z tego ni z owego do biura zadzwonił telefon i zupełnie nieznany mi człowiek, który przedstawiał się jako Wawrzyniec Podrzucki (od razu zaczęłam się śmiać, uznając, że pseudonim, bo takich nazwisk po prostu nie ma, prawda?), oznajmił, że chce nam pokazać powieść. Były to pierwsze miesiące istnienia wydawnictwa i spod olbrzymiej sterty maszynopisów ledwie wystawały mi czubki uszu. Westchnęłam więc ciężko w duchu i serdecznie zachęciłam go do przesłania tekstu. Człowiek jednak okazał się uparty - rzekł, że powieść przyniesie osobiście. Nie nastroiło mnie to szczególnie optymistycznie. Dotychczas autorzy nachodzili nas przeważnie, aby opowiedzieć, jak głębokim uczuciem mnie darzą, ewentualnie zaś objaśnić, dlaczego genialne dzieła ich talentu lepiej nadają się do opublikowania niż moje nędzne grafomańskie powieści. Słowem, doszłam do wniosku, że przyjdzie stawić czoło kolejnemu maniakowi. A tu niespodzianka. Przybył rozsądny, małomówny człowiek, który szybko zgodził się z moją uwagą, że będziemy mieli o czym rozmawiać dopiero wtedy, kiedy przeczytamy manuskrypt. Potężny, zbindowany plik papierów, który mnie przeraził do reszty.
    Manuskrypt - jako że nie mieścił się na stercie standardowych papierzysk - spoczął na parapecie, gdzie mieszkają mrówki, jedyne beneficjentki biurowego cukru (teraz już wiecie, dlaczego nigdy nie należy u nas prosić o herbatę z cukrem - duża szansa na nachalną, darmową proteinę). Po tygodniu nawet złamałam się i zajrzałam do środka: ostatecznie tekst piętrzył się za mną jak potężny lodowy nawis. Początek mnie nie zachwycił - ot, młody chłopak upił się w knajpie (scena pijaństwa była pierwotnie znacznie dłuższa), a na kacu postanowił zmienić swoje życie. Cóż, zdarza się, a już mocne postanowienie poprawy po całonocnym pijaństwie zdarza się całkiem często. Na dodatek ta mała zapyziała mieścina... Ani chybi kolejne fantasy.
    Zabrałam jednak tekst do domu i sumiennie zabrałam się do lektury w tramwaju. Kiedy dojechałam na swój przystanek, wciąż zapamiętale czytałam. Czytałam wieczorem. Około północy weszłam do pokoju Grega, który walczył z podstępnymi hordami Rosjan w jakiejś sieciówce, rzuciłam manuskrypt na klawiaturę (niszcząc biedakowi sesję) i oznajmiłam: "Musisz to przeczytać".
    "Uśpione archiwum" jest zupełnie niezwykłą powieścią w naszej serii. Z wyjątkiem "Września" wydawałyśmy dotychczas powieści fantasy, tymczasem Wawrzyniec (który, czemu nie mogę się nadziwić, naprawdę się tak nazywa) napisał pełnokrwistą, panoramiczną space-operę. Właściwie nikt tak w Polsce nie pisze, nasza science fiction przeważnie jest fikcją polityczną, przeniesioną kilkadziesiąt albo więcej lat w przyszłość. Tymczasem "Uśpione archiwum" kojarzy mi się chyba najbardziej z książkami Davida Brina: wizja przyszłości wysnuta z naukowych przesłanek i świetnie skonstruowana, a jednocześnie wciągająca, przygodowa fabuła. Po prostu wszystko, za co tak bardzo lubię science fiction.
    Przyznam się tutaj, że z wykształcenia jestem historykiem średniowieczna i moja wyobraźnia jest skalibrowana na przeszłość. Science fiction jest dla mnie wyprawą do świata, którego sama nie umiem sobie wyobrazić. I właśnie to urzekło mnie w "Uśpionym archiwum" - niesamowita, bardzo oryginalna kreacja świata, który nie przypomina mi żadnej innej powieści z tego gatunku, przygoda, barwni bohaterowie. Jednocześnie jest tam bardzo wiele współczesnych teorii naukowych z dziedziny genetyki, mikrobiologii, chemii czy fizyki, ale zdałam sobie sprawę z tego dopiero w drugiej lekturze. Bo na początku po prostu śledziłam losy bohaterów - Thomasa, Gerharda, Bei, Regulaminu.
    A książka zaczyna się tak: oto w małej spokojnej osadzie New Cheshire mieszka Thomas Farquahart, młody, rudowłosy i zapalczywy strażnik prawa. Pewnego poranka Thomas budzi się - nomen omen po nocy spędzonej na pijaństwie w karczmie - i ze zdumieniem przekonuje się, że świat stanął do góry nogami. Gerhard, jego zwierzchnik i przyjaciel, zniknął z miasta, wielkie rody skaczą sobie do gardeł, a co gorsza, w strażnicy pojawił się sobowtór Thomasa i bezwstydnie się pod niego podszywa. Thomas postanawia rozwikłać tę zagadkę, ale każde nowe odkrycie prowadzi do kolejnego sekretu, a poranek gigantycznego kaca staje się wstępem do przygody jego życia.
    Za namową przyjaciela Thomas postanawia porzucić rodzinne strony i wyrusza w podróż po gigantycznym drzewie, na którym przed wiekami schroniła się ludzkość. Nigdy wcześniej nie opuszczał swojego miasteczka. Poza granice osady zapuszczają się tylko nieliczni szklarze, którzy szmuglują zakazane technologie, całą resztę powstrzymuje przed tym choroba rzeczna i Zakaz. Thomas nie ma więc pojęcia, jak naprawdę wygląda Drzewo i co stało się w przeszłości ze starą dobrą Ziemią, kolebką ludzkości. Stopniowo jednak przekonuje się, że świat nie wygląda bynajmniej tak sielankowo, jak jego rodzinna mieścina.
    Ludzie podzieli się na wiele oddzielnych enklaw i przystosowali do życia na Drzewie. Nauczyli się kształtować jego żywą macierz, uprawiać zmodyfikowane genetycznie rośliny, a nawet sporządzać ożywione twory Drzewa - mannekeny, w których można zamknąć umysł człowieka. Niektóre ze społeczności zdołały zachować wysoko zaawansowaną technologię, mają wszczepy i sarkofagi, które, ukryte w mózgach, mogą więzić kompletne osobowości, stosują biosymbionty i niwelatory masy, podróżują w antygrawitacyjnych galeonach w przestrzeni kosmicznej. Jednak we wnętrzu Drzewa żyją również prymitywni łowcy, którzy malują się pastą ze świecących glonów w plemienne znaki.
    Nikt nie zna do końca zagadki pochodzenia Drzewa, choć jego początki bywają wiązane ze świętą Helen, która przed wiekami zdołała ocalić zagrożoną zagładą ludzkość. Nikt nie wiedzą też, jak funkcjonuje Drzewo, ani nie zdaje sobie sprawy, że świat wkracza w fazę przełomowych zmian. Thomas mimowolnie zostaje wciągnięty w skomplikowaną sieć intryg. Nie ma pojęcia, że jego tropem podążają bezwzględni fanatycy z Kościoła Ostatecznego Rozgrzeszenia oraz okrutni łowcy nagród, ani że wędrówka poprzez labirynty lasu i podziemnych korytarzy doprowadzi go na koniec do rozwiązania zagadki Helen oraz samego Drzewa.
    Serdecznie zapraszam!



ROZDZIAŁ 1
    Poliprocesory w głowie Thomasa Farquaharta włączyły się automatycznie w chwilę po tym, jak pijany w sztok stoczył się ze schodów w Przewoltowanym Węgorzu i stracił przytomność. Tylko ich czujności zawdzięczał, że ranek następnego dnia nie przywitał go obezwładniającym bólem głowy ani smakiem wymiocin w ustach. Służbowe bioimplanty, dzięki którym mógł bezkarnie opychać się proszkiem na karaluchy, o alkoholu nie wspominając, nieraz już okazały się prawdziwym błogosławieństwem. Jednak po wczorajszej kłótni z arcykonstablem Gerhardem von Kloskym Thomas chciał jedynie upić się jak za dawnych czasów, toteż z pełną świadomością wyłączył je jeszcze przed progiem baru. Usłużne wszczepy zdołały przez noc oczyścić jego organizm z toksyn, ale niewiele mogły poradzić na moralnego kaca. Nigdy więcej! - poprzysiągł swemu odbiciu w lustrze, a potem zaczął się zastanawiać, kto pomógł mu w dotarciu do domu. Sam tego nie dokonał, to pewne. Nie mógł sobie nawet przypomnieć, kiedy i jakim sposobem opuścił Węgorza ani co wyprawiał po tym, jak piwo odebrało mu rozum. I lepiej nie myśleć, jakie powitanie czeka go dzisiaj w strażnicy, jeśli paplanina zawistnych języków dotarła już do uszu arcykonstabla.
    Thomas otworzył niewielką ścienną garderobę, na której dnie spoczywał cały jego służbowy sort: jeden galowy mundur, dwa polowe uniformy na zmianę, kilka kompletów przepisowej bielizny, no i skórka, starannie złożona w małym futerale, która, podobnie jak poliprocesory, była osobistym podarkiem od von Klosky'ego. Z ciężkim sercem Farquahart podniósł szare etui, oczyma duszy widząc już, jak składa je na biurku arcykonstabla razem z całą resztą. Gerhard, co prawda, wybaczał Thomasowi wiele, ale nawet wyrozumiałość tego niezwykłego człowieka musiała mieć swoje granice i trudno było oczekiwać, że von Klosky przymknie oko na wczorajsze wybryki swojego zastępcy. Cóż, Farquahart zdawał sobie sprawę, że sam jest sobie winien, i nie będzie miał prawa narzekać na niesprawiedliwość losu, jeśli Gerhard postanowi odebrać mu insygnia konstabla. Nie wiedział tylko, jak upora się z własnym wstydem i upokorzeniem, których bez wątpienia nie oszczędzą mu najbliższe dni, i z żalem po utracie takich cudeniek jak poliprocesory czy skórka.
    Farquahart otworzył futerał i wyjął z niego cienki jak mydlana bańka jednoczęściowy kombinezon, który potrafił wiele ciekawych rzeczy, ale jego głównym zadaniem był kamuflaż, bliski zresztą idealnego. Ten jeden, ostatni raz, pomyślał ze smutkiem, ostrożnie przywdziewając skórkę. Narzucił na nią swój zwykły polowy uniform młodszego konstabla i z westchnieniem ulgi spostrzegł, że nikt nie skorzystał z jego wczorajszej niedyspozycji i nie ukradł mu neutralizatora. Szybko przełknął trudne do zidentyfikowania resztki z niesprzątanego od dwóch dni stołu i wyszedł z domu. Była dopiero siódma i do przepisowej pory rozpoczęcia służby została godzina, ale Thomas liczył na to, że spacer pustymi jeszcze uliczkami pomoże mu przewietrzyć umysł i wyrzucić z niego większość przykrych wspomnień z wczorajszej nocy, a przede wszystkim przygotować się psychicznie na spotkanie z przełożonym.
    Skromne dormitorium Thomasa znajdowało się po zachodniej stronie Rzeki, podobnie jak strażnica, i gdyby zaraz po przekroczeniu progu skierował się na północ, dotarłby do niej w niecałe dziesięć minut. Wybrał jednak okrężną drogę biegnącą stromymi zaułkami w kierunku placu u stóp Wesendu, gdzie nawet o tak wczesnej godzinie powinny być już otwarte pierwsze stragany i budki z jego ulubioną erba mate. Szedł bez pośpiechu, mijając domy średnio zamożnych mieszczan, nad którymi górowały wille Wysokich Rodów, jak jaskółcze gniazda uczepione skarpy Ryftu. Zabudowa w Keshe była gęsta, niemniej tu i ówdzie pozostały jeszcze nagie skrawki dziewiczego żywogruntu, który o tej porze był w szczytowej fazie cyklu. W ciszy poranka można było usłyszeć, jak regularnie oddycha, wchłaniając stare i oddając świeże, przesycone chłodną wilgocią powietrze.
    Thomas starał się nie myśleć na razie o niczym szczególnym, delektował się po prostu rześkością poranka i rozluźniał umysł. Skręcił i omijając San-Soho, zszedł po drewnianych schodach na główny plac miejski. Tak jak przypuszczał, nad jedną z budek unosiła się para z kociołków, roztaczając w porannym powietrzu kuszące zapachy. Podszedł do niej i z ciekawością zajrzał do środka.
    - Dzień dobry - odezwał się do niewysokiego człowieczka, który krzątał się wśród swoich garów.
    - O, pan konstabl! Witam, witam. - Zagadnięty uśmiechnął się szeroko do pierwszego w tym dniu klienta. - A cóż to tak wcześnie?
    - Jakoś nie mogłem dzisiaj spać - rzekł Thomas, rzucając pierwszy z brzegu powód, jaki przyszedł mu do głowy.
    - No tak, czasem najdzie człowieka taka duchota w nocy... - przytaknął straganiarz ze zrozumieniem, szybko jednak przeszedł do sedna. - To jak, bierzemy coś?
    - Jeśli jest erba mate...
    - Oczywiście, i to świeżutko zaparzona. Jak podać: słodką czy soloną?
    - Soloną, jeśli można. I z odrobiną mleka.
    - Doskonale. - Straganiarz nalał parujący napój do kubka. - A może coś do tego na ząbek?
    - Ee... A co jest?
    - No cóż... Jakby było trochę później, miałby pan konstabl w czym wybierać, a teraz jest tylko pokkala na półkwaśno albo ryżopros z ostrym sosem. Ale obydwie rzeczy wyśmienite, gwarantuję.
    - No dobrze, niech będzie ryżopros - zgodził się Thomas, bo spacer i aromaty z kociołków zdążyły pobudzić jego apetyt.
    - Służę z przyjemnością - rzekł tamten i zręcznym ruchem położył całe zamówienie na wąskim kontuarze.
    Kubek parzył w rękę. Erba mate była gorąca, ale taką właśnie Thomas lubił najbardziej. Sączył ją niespiesznie, na wszelki wypadek opierając się o kontuar tyłem do straganiarza. To powinno wystarczająco wyraźnie dać do zrozumienia właścicielowi budy, że pan konstabl nie ma tego ranka ochoty na żadne pogawędki. Niestety...
    - Ludziom to już w ogóle nie można dzisiaj wierzyć - Thomas usłyszał niby to obojętnie wypowiedziane słowa. - Bo przecież niemożliwe, żeby pan konstabl wczoraj...
    Farquahart odwrócił się raptownie do straganiarza, rozchlapując na rękę gorący płyn.
    - Co wczoraj? - rzucił ostro i spojrzał tamtemu prosto w oczy.
    - Ależ nic zgoła! - Straganiarz aż się cofnął na widok niewróżącej niczego dobrego miny strażnika. - Ja tylko... Ja tylko chciałem zapytać, czy sos nie jest przypadkiem za ostry.
    - Może być - mruknął Thomas z pełnymi ustami.
    Tak naprawdę sos był mdły. Kolejne oszustwo na coraz dłuższej liście, pomyślał Thomas. Ale jeszcze na progu domu przyrzekł sobie solennie, że dzisiaj nikomu nie pozwoli się sprowokować i nie wda się w żadną awanturę, bąknął więc tylko:
    - Przepraszam, niepotrzebnie się uniosłem - po czym w milczeniu wziął się do kończenia posiłku.
    Straganiarz odetchnął z ulgą, a chcąc odwzajemnić uprzejmość, nachylił się nad kontuarem ku konstablowi... i został poczęstowany swoją własną potrawą, którą Farquahart parsknął mu nagle prosto w twarz.
    Miska i kubek, wypuszczone z rąk, stuknęły o wypolerowane tysiącami stóp ogniodębowe klepki placu. Thomas złapał się za głowę i zatoczył na ścianę budki, tak rozdzierający był alarm, który niespodziewanie zawył w jego sensorium. Zawył, lecz urwał się gwałtownie po kilku sekundach, pozostawiając Farquaharta w chwilowym szoku.
    - Święta macierzy, panie konstablu! - krzyknął szczerze zaniepokojony straganiarz, ścierając z twarzy resztki tego, czym opluł go Thomas. - Co z wami? Przecież to nie mogło być aż takie ostre, sam kosztowałem! - I z niedowierzaniem rzucił się do swoich garnków, by sprawdzić, czy rzeczywiście nie przesadził z przyprawami.
    Oprzytomniawszy po pierwszym zaskoczeniu, Thomas wysypał na kontuar kilka monet,bez liczenia.
    - Zaraz, to za dużo! - zawołał straganiarz na widok całych dwudziestu gloss, lecz Farquahart machnął tylko ręką i pognał na skróty w kierunku południowych rogatek.
    W całym Keshe czuwało ponad pięćdziesiąt alarmowych mikroboi, o których istnieniu wiedzieli tylko on, Gerhard i Regulamin. Wszystkie przechwyciły to samo co Farquahart - alarmowy sygnał najwyższego priorytetu, do tego momentu znany mu jedynie z teoretycznego instruktarzu - i jednocześnie zlokalizowały most Grynish jako jego źródło. Nie powiedziały wprawdzie, kto go wysłał, ale Thomas wiedział, że nadawca mógł być tylko jeden.
    Z sercem coraz głośniej bijącym na trwogę, w kilku susach pokonał strome schodki zaułka Nofolk, w biegu przeskoczył nad barierką, wylądował na biegnącej poniżej Promenadzie Porcelanowej i zakręciwszy ostro tuż za magazynami, wypadł na ostatni przed mostem prosty odcinek Bulwaru Nadrzecznego. Leciał tak szaleńczo, że wyszarpnięty z olstra neutralizator niemal wyfrunął mu z ręki wprost do Rzeki. Lecz kiedy Thomas pokonał ostatni zakręt i wypadł zza skrzydła wiatrochronu, okazało się, że nie ma do kogo wymierzyć służbowej broni. Most był kompletnie pusty. Skonfundowany, przebiegł po nim tam i z powrotem, ale nie dostrzegł żadnych śladów walki ani jakichkolwiek innych dramatycznych wydarzeń. Tymczasem indagowane mikroboje powtarzały z uporem, że sygnał został nadany właśnie stąd, niespełna trzy minuty temu, i że o pomyłce nie może być mowy.
    Thomas stanął pośrodku drewnianego chodnika, rozglądając się nerwowo na wszystkie strony. Co to ma znaczyć? To on gnał jak wariat, o mało nóg sobie nie połamał, a tu nic? Deus, jeśli to jakiś głupawy żart!... Thomas z miejsca zaprzeczył sam sobie. Von Klosky'emu trudno było odmówić poczucia humoru, jednak tak sztubacki numer zupełnie do niego nie pasował. No więc co, do ciężkiej zarazy?!
    - Gerhard, odezwijże się wreszcie! - nadał błagalnie. - Chociaż jeden impuls!
    Przeszukał pasmo po paśmie, za każdym razem z takim samym skutkiem: zero odbioru. Nie wychwycił nawet charakterystycznego poszumu tła, jakby komunikator Gerharda von Klosky'ego zniknął z tego świata razem ze swoim właścicielem.
    Na naocznych świadków też nie było co liczyć i choć jeszcze niedawno Thomas rozkoszował się poranną ciszą wyludnionych uliczek, teraz przeklinał uśpione miasto. W zasięgu wzroku nie było żywej duszy, nikogo, kim mógłby potrząsnąć i komu rzuciłby mu w twarz: "Hej, ty! Nie widziałeś przypadkiem arcykonstabla?". Przechylił się przez barierkę i spojrzał w dół, na znajdującą się kilkanaście metrów poniżej przystań. Opustoszałe tratwy i promy kołysały się łagodnie na wodzie, przycumowane do pływających pomostów. Minie jeszcze co najmniej pół godziny, nim załogi zaczną się krzątać na którejkolwiek z łodzi.
    - Niech to jasna krew zaleje! - zaklął Thomas w bezsilnej złości. - Co tu się stało?
    Zaraz, a może tu się zupełnie nic nie stało? Może Gerhard po prostu wszystko to zaaranżował, żeby sprawdzić szybkość jego reakcji, znajomość procedur, predyspozycje śledcze? Innymi słowy, by zobaczyć, czy jego niezrównoważony emocjonalnie zastępca wciąż jeszcze zasługuje na to miano. Egzamin ostatniej szansy? Ale przecież jest ktoś, kto mógłby to potwierdzić, choćby z czystej przekory! Thomas od razu się rozluźnił, po czym otworzył kanał bezpośredniej łączności ze strażnicą.
    - Regulamin!
    Po irytująco długiej chwili stary safanduła zaświergolił po drugiej stronie łącza.
    - Funkcjonariusz Farquahart?
    - No, a kto? Staruszku, bądź tak miły i podaj mi aktualne koordynaty Gerharda.
    Po drugiej stronie łącza odezwało się coś jakby ciche chrząknięcie, a potem ironiczne:
    - Proszę, proszę... Nie minęło jeszcze dwadzieścia minut od waszego wyjścia na patrol, funkcjonariuszu Farquahart, a wy już zdążyliście zgubić partnera? Doprawdy, nie przestajecie mnie zadziwiać.
    Thomas zgrzytnął zębami.
    - Słuchaj no, ślimaku, wyjątkowo nie mam czasu na twoje abstrakcyjne dowcipy, więc z nimi skończ i podaj mi namiar na Gerharda, te es jot pe.
    - Pytanie tylko, który z nas dwóch żartuje sobie w tej chwili? - odparował Regulamin, niezmieszany.
    - O czym ty mówisz?
    - A o tym - odrzekł Regulamin z lekka urażonym tonem - że najpierw wydajecie mi kategoryczny zakaz utrzymywania z wami jakichkolwiek otwartych połączeń podczas dzisiejszego patrolu, powołując się zresztą na konkretny artykuł Protokołu, dokładnie paragraf zero trzynaście, ustęp sześć kreska trzy kreska jeden, o nadzwyczajnych okolicznościach dochodzeniowych, a zaraz potem wycofujecie się z tego bez żadnego uzasadnienia.
    Szczęki Thomasa zwarły się w głuchej złości. Znowu się zaczyna! Regulamin, przejęty przez von Klosky'ego w spadku po poprzednich rezydentach strażnicy i stanowiący dla całych pokoleń kesheńskich konstabli coś w rodzaju sekretu Wielkiej Loży, ukrywanego przed ogółem mieszkańców, był nadzwyczajnym dziwadłem. Ni to maszyna, ni to wielka gadająca gąsienica, zdziwaczały i manieryczny, był na swój sposób inteligentny i, w zasadzie, całkiem do rzeczy. Przeważnie na zadane mu pytania odpowiadał w miarę konkretnie, nawet jeśli zbyt kwieciście i rozwlekle. Czasami jednak rozmowa z nim stawała się po prostu surrealistyczna, co potrafiło doprowadzić Thomasa na skraj furii.
    - Przepraszam, co? O czym ty bredzisz, dżdżownico? Jaki zakaz?
    - Ten, który wydaliście mi osobiście dwadzieścia trzy minuty temu - powtórzył Regulamin z naciskiem. - Czyżbyście nieudolnie próbowali wziąć mnie pod metaforyczny włos, funkcjonariuszu Farquahart?
    - Owszem, próbuję z tobą rzeczowo porozmawiać i nie dostać przy okazji szału! - rozsierdził się Thomas. - Jak mogłem ci czegokolwiek zakazać, stary pomyleńcu, jeśli mnie jeszcze dzisiaj w ogóle w strażnicy nie było?
    - Wybaczcie, funkcjonariuszu Farquahart, ale w tej chwili chyba już lekko przesadzacie w lekceważeniu moich zdolności psychosensorycznych! - żachnął się Regulamin. - Nie pojmuję tylko, jaki macie cel w robieniu ze mnie, że użyję tu gminnego określenia, durnia?
    - Dobrzy ludzie, dajcie mi cierpliwość! - syknął Thomas przez zaciśnięte zęby. - Ty masz już urojenia ze starości!
    - Czy służbowy rejestrator, który odnotował w dniu dzisiejszym waszą obecność w komendanturze, także posądzicie o uleganie przywidzeniom, funkcjonariuszu Farquahart? - spytał Regulamin sarkastycznie.
    Thomasa na chwilę zatkało.
    - Bzdura, niemożliwe! - zaprzeczył z irytacją. - Nie mam pojęcia, czyją obecność odnotował ten cholerny rejestrator, ale z całą pewnością nie moją!
    - Któż zatem mógł to być, waszym zdaniem?
    Thomas zgłupiał. Rejestrator na swoim nośniku nie uchwyci mary sennej, sfabrykować zapisu też się w zasadzie nie da. Jeśli zatem ta sflaczała meduza nie stroiła sobie żartów...
    - Milczycie, funkcjonariuszu Farquahart. Ergo...
    - Ale ja naprawdę nie byłem jeszcze dzisiaj w strażnicy! - wyjęczał skonfundowany Farquahart. - Nawet nie przechodziłem w pobliżu! I w życiu nie słyszałem o żadnym paragrafie zero trzynaście! Na rany Drzewa, przecież nie lunatykuję!
    - Niemniej funkcjonariusz von Klosky opuścił dzisiaj komendanturę z kimś podobnym do was jak dwie krople wody. Macie brata bliźniaka, którego do tej pory ukrywaliście przed światem? A może replikowaliście się kiedyś w sekrecie?
    - Zwariowałeś? - obruszył się Thomas, jednocześnie czując, jak chłodny dreszcz zaczyna błądzić mu po plecach.
    - W takim razie - rzekł Regulamin z przekąsem - mamy tu do czynienia z nader interesującą zagadką. I co najmniej z dwoma Thomasami Farquahartami w jednym małym New Cheshire.
    Thomas ponownie rozejrzał się po opustoszałym moście, teraz już z niemal zabobonnym lękiem. Cała sprawa zaczynała wyglądać coraz bardziej nieprawdopodobnie.
    - Przestań się nabijać - mruknął skonsternowany, nerwowo przeczesując palcami rudą czuprynę. - Mam uwierzyć, że Gerhard wyszedł dzisiaj rano ze strażnicy w towarzystwie... mojego sobowtóra?
    - O ile, oczywiście, nie byliście to mimo wszystko wy - rzekł Regulamin z uporem, choć jego poprzednia pewność siebie zdążyła już gdzieś zniknąć.
    - Nie by-łem! - wykrzyknął Thomas, z desperacją akcentując każdą sylabę. - Deus, coś niesamowitego... Zaraz, a ten zakaz komunikowania się z nami, który wydał ci ów... ktoś, odnosił się do wszystkich rodzajów przekazu i wszystkich okoliczności?
    - Absolutnie wszystkich.
    - No i co? Tak po prostu zastosowałeś się do jakiegoś głupiego przepisu? Wyłączyłeś się kompletnie, na wszystkich kanałach?
    Znów coś na kształt świńskiego chrząknięcia zabrzmiało w sensorium Thomasa.
    - Wy chcieliście, więc ja się wyłączyłem - odparł Regulamin defensywnie. - Staram się w miarę możności nie wtrącać do służbowych działań funkcjonariuszy.
    Thomas pokiwał głową z niedowierzaniem.
    - Ale sygnał Gerharda musiałeś odebrać, nie ma siły!
    - O jakim sygnale mówicie?
    - Jak to, o jakim? O sygnale alarmowym A jeden, który von Klosky nadał niecałe pięć minut temu!
    - Niestety, nie - odezwał się Regulamin bezradnie.
    - Matko wszechzieleni! - jęknął Thomas, z wściekłością zaciskając dłonie na barierce mostu. - No to pięknie! Po prostu wspaniale! Jak mi jeszcze teraz powiesz, że transpondera Gerharda też nie możesz namierzyć...
    - W rzeczy samej, nie mogę - odparł Regulamin po chwili milczenia. - Aczkolwiek nie pojmuję, jak to możliwe. Lokalizatorów nie da się wyłączyć, przynajmniej w teorii...
    - Mam gdzieś teorię - parsknął Thomas. - Chcę wiedzieć, gdzie jest w tej chwili Gerhard!
    - Przykro mi, funkcjonariuszu Farquahart, ale obawiam się, że nie potrafię udzielić odpowiedzi na to pytanie. I przyznam, że jest to dla mnie w najwyższym stopniu niepokojące, a zarazem żenujące, iż nie dostrzegłem wszystkiego wcześniej... Proszę o wybaczenie i o poinformowanie starego głupca, co się stało.
    - Nie wiem, co się stało, rozumiesz? Nie wiem, nie wiem! - wyrzucił z siebie Thomas gniewnie. - Gerhard wysłał swój sygnał z mostu Grynish, ale tu nic nie ma! Ani jego, ani krwi, ani w ogóle żadnych innych śladów! Jakby go jakieś przeklęte duchy porwały!
    - Czy... mogę jakoś pomóc? - zapytał Regulamin zgaszonym i pełnym zatroskania głosem.
    - A cóż ty mi pomożesz, jeśli nawet nie potrafisz określić jego położenia?
    - Niemniej od tej chwili będę nieustannie próbował...
    - Więc próbuj. Tak, próbuj, i daj mi natychmiast znać, jak tylko coś złapiesz. I niech cię macierz broni przed ponownym blokowaniem przekazu, bo chyba żywcem pokroję twój stary odwłok!
    - To się już nie powtórzy, funkcjonariuszu Farquahart, macie na to moje słowo - zapewnił go Regulamin solennie.
    - Mam nadzieję - mruknął pod nosem, ze złością odpychając się od barierki.
    I co ja mam teraz zrobić? - zastanawiał się gorączkowo. Od czego zacząć, czego szukać? Żeby chociaż odłamana drzazga, jeden włos, jakikolwiek punkt zaczepienia! Sytuacja była niczym z koszmaru sennego, w którym doznaje się uczucia całkowitej niemocy, kiedy patrząc, nic się nie widzi, słuchając, nie słyszy, a biegnąc, nie można ruszyć z miejsca na krok. Ktoś przeprowadził tu akcję, o jakiej nie było nawet wzmianki w instrukcjach dla stróżów Prawa. Zaplanowaną i wykonaną po mistrzowsku, i to przez kogoś, kto musiał dysponować poufnymi informacjami oraz niebagatelnymi środkami na jej realizację. Tylko kto to był?
    Nie mając lepszego pomysłu, Thomas uaktywnił receptory skórki, wydatnie rozszerzające możliwości jego sensorium. Może teraz zauważy albo wyczuje coś, co umyka jego naturalnym zmysłom? Raz jeszcze ruszył wzdłuż mostu, przyglądając się bacznie każdej dziurze w desce, każdemu zarysowaniu i każdemu przebarwieniu drewna w nadziei, że znajdzie coś, co pomoże mu wyjaśnić tajemnicze wydarzenia sprzed kilku minut. I rzeczywiście. Zaledwie kilka kroków dalej, mniej więcej pośrodku przeprawy, odkrył na chodniku oraz fragmencie balustrady resztkowy ładunek po niedawno oddanym strzale z neutralizatora, a na poręczy odcisk dłoni, który ze zdumieniem zidentyfikował jako identyczny ze swoim. Odcisk był zupełnie zimny i teoretycznie mógł równie dobrze należeć do niego, jak do jego domniemanego sobowtóra. Sęk w tym, że ostatni raz przechodził mostem Grynish przeszło dwa miesiące temu i od tamtej pory odcisk dawno już powinien ulec zatarciu przez ręce tysięcy innych ludzi.
    Co do strzału, nie sposób było powiedzieć, kto strzelał do kogo ani z jakiego typu elektrycznej broni. Niemniej odciśnięta w starym drewnie skalarna sygnatura wyładowania była potwierdzeniem, że zaledwie parę minut temu doszło tu do jakichś gwałtownych zajść. Podniecony tymi dwoma drobnymi znaleziskami, Thomas ze zdwojoną uwagą zaczął przeczesywać most w poszukiwaniu kolejnych wskazówek, i w chwilę później miał pierwszy dowód, że Gerhard istotnie znajdował się tutaj w tym samym czasie, kiedy użyto neutralizatora: ciepły jeszcze ślad po jego palcach, pozostawiony na przeciwległej barierce. Nie było to wiele, toteż Thomas zbadał odcisk najrzetelniej, jak potrafił.
    Wyglądało na to, że Gerhard trzymał się jej kurczowo, i to oburącz. Nie, raczej wisiał na niej, odciski bowiem były bardzo wyraźne i zarazem rozmazane, jakby ręce, które je zostawiły, ześlizgnęły się po wypolerowanym drewnie, nie mogąc utrzymać ciężaru. Ktoś wepchnął von Klosky'ego do Rzeki? Obawiając się najgorszego, Thomas przechylił się przez balustradę i usiłował dojrzeć cokolwiek pod powierzchnią wartko płynącej wody. Jak zwykle w pobliżu przystani, uwijało się w niej trochę ryb, płynęły również jakieś gałęzie i inne śmieci, nie było tam jednak nic, co choćby w przybliżeniu przypominało ludzkie zwłoki. Przynajmniej tyle, pomyślał, i odetchnął z ulgą. Środkowe przęsło mostu Grynish osadzono na solidnej podstawie konarowego wręgu, który wypychał tu dno i tworzył ponadmetrowej wysokości próg w poprzek Rzeki. Gdyby Gerharda zabito i zwłoki zrzucono z mostu w dół, prawdopodobnie byłyby tam nadal, ściągnięte natychmiast pod wodę przez zawirowania, a później zatrzymane przez garb wręgu. Zatem, nawet jeśli Gerhard wylądował w odmętach, musiał być na tyle przytomny, żeby samemu utrzymać się na powierzchni. Z drugiej jednak strony, jak Thomas szybko obliczył, przebycie odcinka pomiędzy mostem a powierzchnią Rzeki zabrałoby siedemdziesięciu kilogramom Gerharda prawie dokładnie tyle samo czasu, ile trwał wysłany przez niego sygnał. Wyglądało więc, że zderzywszy się z powierzchnią wody, von Klosky stracił przytomność, co mogło przerwać transmisję. Sprzeczność...
    Ktoś go musiał stąd zabrać, rozmyślał Thomas, nerwowo przemierzając most tam i z powrotem. Tylko kto? I dokąd? Od razu wyciągnęli go z wody i zawlekli na brzeg? A może odholowali gdzieś dalej? Jeśli tak, to w którym kierunku: na północ, z biegiem Rzeki, czy na południe, pod prąd? Lecz droga na południe równała się przepłynięciu przez całe miasto, a to instynktownie nie pasowało Thomasowi do obrazu tajemniczych zamachowców, który już zaczął formować się w jego umyśle. Za dużo było w ich dotychczasowym postępowaniu starań i jakoś nie widział ich ryzykujących natknięcie się po drodze na jakiegoś rannego ptaszka. Zatem, jeśli już gdzieś uciekli z obezwładnionym von Kloskym, to raczej na północ, i Thomas zaczął nawet podejrzewać, dokąd.
    Naturalnie w jego logicznym rozumowaniu mógł być błąd; w końcu oparł je tylko na kilku mglistych przesłankach. Poza tym porywacze wyglądali mu na ludzi przebiegłych i przenikliwych. Czyż więc nie można było założyć, że przewidzieli taki tok myślenia i zrobili dokładnie na odwrót, płynąc właśnie na południe? Nie, dość już tych łamigłówek, na coś w końcu musi się zdecydować. Czas uciekał szybko, działał na korzyść przestępców. Drzewo jedno wiedziało, jakie były ich motywy i zamiary wobec arcykonstabla, ilu ich było i jakimi środkami przymusu dysponowali, ale jeśli będzie stał tu i deliberował nad wszystkimi możliwymi scenariuszami, na pewno tego nie dojdzie ani nie pomoże Gerhardowi. Łudząc się jeszcze nadzieją, że Rzeka podpowie mu coś więcej, Thomas wpatrzył się w dal, podążając za jej nurtem. Nawet jeśli odpłynęli stąd łodzią wyposażoną w ostatnią technologiczną nowinkę, jaką były koła zaopatrzone w elektryczne pędniki, to powinien ich jeszcze zobaczyć. Ale Rzeka była pusta aż po odległy, zamglony horyzont segmentu, zresztą w obydwu kierunkach. Farquahart westchnął, przeczesał palcami włosy, zmierzwione od ciągłego nerwowego drapania się po głowie, i wrócił na brzeg.
    * * *
    Most Grynish wyznaczał północną granicę Keshe, poza którą były już tylko chaszcze, kilka rozsypujących się ruin, Katarakta, no i oczywiście Las. Z wielu różnych powodów ludzie zdecydowanie preferowali grunty na południe od miasta i tam też ulokowały się wszystkie farmy oraz przyczółki drzewiarzy, pozostawiając północ zdziczałą i wyludnioną. Kiedyś było tu gwarniej, szczególnie w czasach gorączki inkluzji. Wybuchła ona po tym, gdy pękł jeden z wręgów, odsłaniając złoże drogocennych wydzielin Drzewa. Nad Kataraktą zbudowano wtedy niewielką kopalnię, którą połączono z miastem drogą, i to nie jakąś tam prowizoryczną ścieżyną, ale porządnym, formowanym w macierzy traktem. Zadano sobie nawet trud skonstruowania kolejki linowej do transportowania urobku, napędzanej jednym z dwóch silników, jakie znajdowały się wówczas w Keshe.
    Jak na tamte czasy była to ogromna inwestycja, która jednak przez ludzką chciwość i nieostrożność nigdy się nie zwróciła. Złoże okazało się mniejsze, niż początkowo sądzono, ale gorączka zdążyła rozgorzeć na dobre, zaćmiewając rozsądek tych, którzy na nią zapadli. Rozochoceni amatorzy łatwego zarobku rzucili się na poszukiwanie nowych żył. Zapuszczali się coraz głębiej w labirynt wewnątrz pękniętego wręgu i bez opamiętania stosowali wszystkie możliwe środki do osiągnięcia celu, z detektorami indukcyjnymi i chałupniczo poprzerabianymi różdżkami formierzy włącznie. To, naturalnie, musiało skończyć się tragedią. Po tym, jak podrażniony ulewą elektromagnetycznych impulsów wręg zasklepił się nad trzydziestoma górnikami, działalność kopalni ustała z dnia na dzień, a przerażonych ludzi wymiotło z okolicy, która od tamtego czasu zaczęła być omijana jak przeklęta.
    Thomas biegł teraz starym górniczym szlakiem, miejscami zupełnie ginącym wśród gęstych zarośli. Na dodatek co kilkadziesiąt metrów drogę przegradzały mu wielkie, zbutwiałe i porośnięte mchem kłody. Kopalnia upadła na długo przed jego narodzinami, toteż nawet nie zdawał sobie sprawy, że przeskakuje i omija nędzne pozostałości napowietrznej kolejki, niegdyś chluby jego rodzinnego miasta. Dla niego były one zaledwie irytującymi przeszkodami, na których pokonywaniu tracił cenne sekundy. Nie rozpamiętywał w tej chwili dawnych historii, znanych mu jedynie ze słyszenia, zamiast tego wciąż usiłował dociec, kto mógł stać za dzisiejszym zamieszaniem.
    Przemytników, popularnie zwanych szklarzami, oraz Kościół Ostatecznego Rozgrzeszenia odrzucił od razu. Pierwszych dlatego, że musieliby być skończonymi głupcami, by podnieść rękę na człowieka, który literalnie otworzył przed nimi bramy raju. Ci drudzy natomiast nie mieli żadnych pieniędzy - na łapówki, lejbwerk, w ogóle na cokolwiek - i podobnego przedsięwzięcia nie mogliby sfinansować. Sprytu, przebiegłości czy finezji także nie mieli w nadmiarze, i gdyby to była ich sprawka, Thomas ślizgałby się po moście w krwawej kałuży, która z pewnością nie byłaby krwią von Klosky'ego.
    Kto więc pozostawał? Jakiś szubrawiec, mszczący się na Gerhardzie za to, że ten wpakował go kiedyś do magistrackiej celi? Tajemniczy psychopata, działający niezależnie i bez żadnych racjonalnych motywów? Zdradzony mąż? A może te tłuste urzędasy z Rady Miejskiej? Deus, gadać to oni potrafili, ale żeby przedsięwzięli coś takiego? No to kto, do licha? Wysokie Rody?
    Ze wszystkich możliwych sprawców zamachu ci wydawali się Thomasowi najbardziej prawdopodobni. Do czasu pojawienia się Gerharda, ekonopolityka Wysokich Rodów była prosta: wygrać z Radą walkę o kontrolę nad kolejnym z reprezentantów władzy wykonawczej, żeby potem już spokojnie kontynuować wszystkie swoje machinacje, korzystając z protekcji "prywatnego" arcykonstabla. Sześć lat temu ich przewidywalny świat zaczął jednak rozpadać się w gruzy. Thomas dokładnie zapamiętał datę spektakularnego początku "nowej ery", był to bowiem akurat dzień letniego Święta Miasta. Wraz z większością mieszkańców Keshe, którzy wylegli wtedy na ulice, żeby się zabawić, najeść do syta na koszt magistratu i pooglądać z bliska ważne figury, stał się mimowolnym widzem dramatycznego spektaklu, jaki rozegrał się na oczach oszołomionego tłumu. Spektakl składał się tylko z jednego krótkiego aktu - zuchwałego porwania Davrosa al Dhat Buholtza przez troje zamaskowanych osobników wprost z trybuny, skąd Davros, absolutny wyjątek wśród wysoko urodzonych i jeden z najbardziej lubianych i szanowanych ludzi w Keshe, ogłaszał właśnie powołanie do życia kolejnej ze swoich fundacji dobroczynnych. Porywacze wykonali robotę po mistrzowsku, w mgnieniu oka obezwładniając Davrosa i rozpływając się z nim we wzburzonej ciżbie szybciej niż poranna mgła.
    To była bezprecedensowa sytuacja, na którą nawet ówczesny arcykonstabl - ociężały i patologicznie uczulony na arystokrację pijaczyna Hoskin Ray, po czubek głowy tkwiący w kieszeni rajców - musiał zareagować, jeśli nie chciał skończyć jako pierwsza od kilkudziesięciu lat ofiara linczu w Keshe. Zebrał więc pośpiesznie kilku ochotników i bez żadnego szczególnego planu, jedynie z niejasnym przeczuciem, że porywacze zapewne skierowali się gdzieś na północ, ruszył za nimi w pościg. Ray powrócił kilka dni później, lecz już jako potwornie zmasakrowane zwłoki, rozpoznawalne jedynie dzięki insygniom wciąż pobłyskującym na poszarpanych rękawach. Wraz z nim wrócił również Davros, w opłakanym stanie, niemniej nadal żywy. Do miasta nie wmaszerował jednak do końca o własnych siłach, lecz podtrzymywany za ramię przez zupełnie obcego, chudego jak drzewce chorągwi mężczyznę. Mężczyzną tym był Gerhard von Klosky, i w ciągu zaledwie kilku godzin jego imię obiegło całe miasto. Dalszy ciąg tej historii był w gruncie rzeczy nieunikniony. Z dnia na dzień Gerhard stał się ludowym bohaterem, a że na stanowisku arcykonstabla właśnie pojawił się wakat... Wybór funkcjonariusza tej rangi w drodze aklamacji nie był sam w sobie czymś niesłychanym, nigdy jednak arcykonstablem nie został żaden przybysz spoza granic. Lecz tym razem obywatele z radością wypięli się na tradycję, i pod ich naporem, a także w obliczu poparcia, jakiego udzielił Gerhardowi Davros i cały jego wpływowy klan, ławie reprezentantów nie pozostało nic innego, jak tylko zatwierdzić von Klosky'ego jako nowego arcykonstabla Keshe.
    Zaskoczeni tak niespodziewanym obrotem spraw notable mogli tylko pozgrzytać zębami. Natychmiast podjęli odpowiednie kroki, ale von Klosky, obcy, tajemniczy i nadspodziewanie zręczny, okazał się nie do oswojenia. I jakby tego było mało, od samego początku zaczął zwalczać przemytników oraz sam przemyt w sposób, który niejednego z wysoko urodzonych przyprawił wkrótce o chroniczną bezsenność. Zaledwie w pół roku po objęciu przez Gerharda stanowiska arcykonstabla monopol Wysokich Rodów na handel ze szklarzami został praktycznie złamany. A że trudno jest zrezygnować z dobrobytu i statusu, który od wieków uważało się za zagwarantowany i nienaruszalny, większość Rodów poddała się przyspieszonemu procesowi adaptacji do nowych warunków. Ich taktyka uległa zmianie i teraz po prostu każdy z nich starał się w sekrecie przed innymi wejść w komitywę z Gerhardem. Dawna międzyklanowa solidarność poszła w kąt, kiedy szeroka dotąd rzeka dóbr skurczyła się nagle do małego strumyczka. I choć arystokracja zawsze między sobą walczyła, to jednak to, co kiedyś było zawiłe i sformalizowane jak gra w go, teraz przekształciło się w bezpardonową wojnę, gdzie wszelkie chwyty były dozwolone.
    Rozmyślania przerwała Thomasowi zielona palisada, która jak zatrzaśnięte drzwi wyrosła mu nagle przed nosem. Zauważył ją zbyt późno, by zatrzymać się z gracją, i przejechawszy tyłkiem po wilgotnej darni, z głuchym ponk! uderzającego w pustą rurę ramienia wyhamował na najbliższej z łodyg.
    - Jasna zaraza, co za kretyn to tutaj posadził? - wymamrotał, rozcierając obtłuczony łokieć.
    Nikt, naturalnie. Bambusowy zagajnik sam rozrósł się niepostrzeżenie, przekroczył trakt i doszedł aż do Rzeki. Faktycznie, dawno już nikt z piłą tutaj nie zaglądał. Przez chwilę Thomas siedział na mokrej od porannej rosy trawie, wykorzystując ten nieoczekiwany postój na złapanie tchu. Odchylił głowę do tyłu i głębokimi haustami wciągał chłodne, przefiltrowane przez żywogrunt powietrze, wpatrując się w opalizującą, wypełnioną blaskiem przestrzeń nad sobą. Gdzieś tam w górze, kilometry nad nim, niewidoczne, bo przesłonięte wiecznym oparem, niezliczone źrenice otwarły się już na oścież, ogłaszając kolejny dzień za oficjalnie rozpoczęty. Żywoskłon... Dlaczego zawsze tak go fascynował?
    Thomas rozejrzał się. Bambusowa gęstwina całkowicie przegradzała mu drogę, ciągnąc się od samej wody aż po odległą o całe kilometry krawędź prawdziwego Lasu na zachodzie. No nic, trzeba znaleźć jakieś przejście przez ten przeklęty trawnik, pomyślał z determinacją. Otrzepawszy resztki mchu z uniformu, ruszył pod górę wzdłuż brzegu zagajnika, rozglądając się za prześwitem w zwartej ścianie bambusowych łodyg. Znalazł je jakieś dwieście metrów dalej i bez wahania wkroczył w wilgotny półmrok. Nie uszedł nawet dziesięciu kroków, kiedy usłyszał coś jakby ciche sapnięcie albo stłumione, mokre pokasływanie. Może to tylko jakieś zwierzę, bezdomny, zdziczały kot albo wydra? Niepewny, Thomas nie ruszał się z miejsca w nadziei, że dźwięk się powtórzy. I rzeczywiście; dziwny, chlupoczący odgłos ponownie dobiegł jego uszu. Nie, to nie był żaden wałęsający się czworonóg, już raczej człowiek taszczący coś ciężkiego brzegiem Rzeki. Thomas raz jeszcze stanął przed wyborem: natychmiast skierować się w stronę źródła dźwięku albo zgodnie z wcześniejszym planem podążyć prosto do ruin kopalni. To drugie wydało mu się sprytniejszym posunięciem, pod warunkiem że dźwięk znad Rzeki był rzeczywiście tym, czym się zdawał, i... Dosyć, działać! Zawsze przecież może wrócić.
    Thomas ruszył przez zagajnik, starając się utrzymywać kierunek marszu równoległy do Rzeki i jak najmniej hałasować. Rozłożyste wiechcie wysokich na kilkanaście metrów roślin skutecznie blokowały światło, ale z jego wzmocnionym sensorium odnajdywanie drogi w tym ciemnym, smrodliwym gąszczu nie nastręczało większych trudności. Jedynie nachylenie terenu, dość znaczne w tym miejscu Ryftu, było nieco kłopotliwe, i raz po raz musiał chwytać się wilgotnych łodyg dla utrzymania równowagi. Chociaż nieustannie nasłuchiwał, tajemniczy dźwięk nie powtórzył się po raz trzeci. W którymś momencie spróbował nawet podnieść próg czułości sensorium, natychmiast jednak dał spokój, ogłuszony przez żerujące w ściółce dżdżownice i inne robactwo.
    Kilka minut później dotarł do niewielkiej polany i wtedy usłyszał głosy. Jeden z nich był "tylko" podekscytowany, drugi zaś pełen prawdziwej furii. Thomas nie musiał nawet prosić skórki o analizę profilu akustycznego, bo rozpoznał je bez trudności: Hossan Kraushaar i jego spasiony braciszek Rowland. A jednak Rody! - pomyślał. Lecz zamiast satysfakcji z tak szybkiego potwierdzenia własnych domysłów, poczuł dreszcz grozy. W całym Keshe trudno było bowiem o bardziej zdegenerowane i wredne kreatury. Thomas biegł już, lekceważąc przeszkody pod nogami i smagające go gałęzie. Kto inny prawdopodobnie rozwaliłby sobie łeb na tym bambusowym częstokole, on jednak lawirował zręcznie, zaledwie ocierając się o zielone tyczki, i przeskakiwał przez powalone, gigantyczne źdźbła i małe bagienka zastałej wody pomieszanej z gnijącymi liśćmi. Gęstwina poczęła rzednąć, a dialog obu braci zamienił się najpierw w monolog rozwścieczonego Hossana, a wkrótce potem w odgłos gwałtownej szamotaniny. Gdzieś przed nim rozgrywał się dramat. Thomas przyśpieszył do sprintu, kiedy jego kręgosłup zamrowił, co było nieomylnym znakiem, że nie dalej niż sto metrów od niego ktoś użył broni zdecydowanie potężniejszej od neutralizatora. Zagajnik otwarł się nagle na rozświetlone, niemal zupełnie nagie zbocze. Rozpaczliwie usiłując wyhamować szaleńczy pęd i jednocześnie powstrzymać ciało przed upadkiem, Farquahart zarył stopami w mszystą darń, której kępy pofrunęły na wszystkie strony.
    - Aaaaooo, Deuus!!! - ryknął, czując w tyle czaszki tak potężny ból, że aż pociemniało mu w oczach.
    Oślepły, zatoczył się i uderzył w coś miękkiego jednocześnie twarzą, barkiem i kolanem. Odruchowo wyciągnął ręce przed siebie, ale zdezorientowany potknął się i kompletnie straciwszy równowagę, runął twarzą w dół. Otępiały z bólu, próbował uchwycić się czegokolwiek, lecz żywogrunt był tutaj porośnięty jedynie mchem oraz skąpą trawą, marnie ukorzenioną w jego gąbczastym miąższu i niedającą praktycznie żadnego oparcia rękom. A najdzikszy odcinek Katarakty, jeśli Thomas poprawnie oszacował odległość przebytą od mostu Grynish, znajdował się dokładnie pod nim.
    - B-blok ssyg-nału! Bloook! - krzyczał już na głos do swoich wszczepów, desperacko ponaglając do działania wszystkie systemy obronne, jakimi dysponował jego tak brutalnie i nie wiadomo skąd zaatakowany organizm. Daremnie.
    - Zablok-kować t-ten prz... przeklęt-ty...sygnaaał!!!
    Cios był potężny i precyzyjnie wycelowany w jego najczulsze punkty: wzmacniacze neuromotoryczne, poliprocesory oraz sensorium. Z przerażeniem uświadomił sobie, że jeśli atak potrwa kilkanaście sekund dłużej, w przeładowanych implantach dojdzie do przebicia, co wywoła natychmiastową padaczkę i odbierze mu jakąkolwiek kontrolę nad ciałem. Stanie się kupą mięsa bezwładnie osuwającą się w kipiel. Nawet gdyby nie utonął albo nie roztrzaskał sobie głowy, dalszy wyciek prądu do mózgu wpędzi go w nieodwracalną katatonię, od czego wolałby już pęknięty czerep.
    - Blooo...! - zdołał jeszcze wycharczeć, nim jego szczęki zwarły się w potężnym skurczu. Słyszał chrzęst pękającego szkliwa, czuł, że z kącików ust płynie mu ślina przyprawioną krwią, a kręgosłup wygina się w pałąk przy wtórze nieopisanego bólu.
    Ciało Thomasa przestało być jego własnością. Tężejące mięśnie oderwały mu dłonie od fałdów żywogruntu, i poleciał w dół. Nieoczekiwanie na jego paroksyzm nałożył się przejmujący, nieludzki skowyt, zupełnie obcy i przepełniony cierpieniem większym nawet niż jego własne. Słyszał ostatnie wołanie śmiertelnie rannej istoty, coraz wyższe, coraz szybciej modulowane i coraz mniej człowiecze, jak skrzek kotarata rozrywanego i płonącego od środka. W chwilę później Thomasem szarpnęło jak kopniętą padliną i zaczął tracić przytomność.
    
    
    
    
    
    
    ROZDZIAŁ 2
    
    Otworzył oczy i natychmiast zamknął je z powrotem, oślepiony.
    - No jak, już lepiej? - spytała pochylona nad nim postać, wysoka i chuda jak kij. Gerhard!
    Thomas wydał z siebie jakiś nieartykułowany dźwięk, zduszony atakiem spazmatycznego kaszlu. Nieopisany ból przeszywał każdy jego mięsień, wdychane powietrze paliło krtań żywym ogniem i czuł się tak, jakby do ust wsypano mu cały wór trocin, ale przynajmniej żył. Leżał na czymś płaskim i w miarę równym, z opalem żywoskłonu na wprost źrenic. A przecież jeszcze chwilę, przeraźliwie długą chwilę temu spadał, sztywny jak kłoda, wprost w spienione wody Katarakty!
     - Gerhard? - wystękał wreszcie. - Co to... było?
    - Mieszanka różnych świństw, ale głównie tetanospazmina. Jedna z najsilniejszych trucizn, jakie istnieją.
    - Ale skąd...?
    - Hossan. Drań uderzył w twoje poliprocesory i omal nie połamał ci karku. Słowo daję, myślałem, że już po tobie.
    - Zniszczył mi wszczepy? - zasmucił się Thomas, który zdążył zżyć się ze swoimi malutkimi aniołami stróżami.
    - Skądże znowu - pocieszył go von Klosky. - Przez moment były pod jego kontrolą, to wszystko. Nic im nie będzie.
    Thomas spróbował unieść się na łokciu, ale ramię, bezwładne jak kawałek drewna, poddało się pod nim od razu.
    - Na razie leż spokojnie - rzekł Gerhard z troską. - Dałem ci ponad pięćset jednostek antytoksyny, jednak trochę potrwa, nim zadziała w pełni.
    Thomas oblizał wyschnięte wargi i raz jeszcze podjął wysiłek, by usiąść. Niewiele jednak z tego wyszło.
    - Niech to rozziew! - wysyczał przez zęby. - Ależ boli!
    - Mówiłem przecież, żebyś jeszcze leżał - skarcił go łagodnie Gerhard.
    Zmaltretowany Thomas dał za wygraną i posłusznie odczekał, aż jego organizm poczuł dobroczynne działanie antidotum. Dopiero wtedy obserwujący go bacznie von Klosky wyciągnął ku niemu kościstą dłoń. Wspomagając go ramieniem, pomógł mu wstać i dokuśtykać do najbliższego fałdu żywogruntu. Thomas usiadł ostrożnie, cały zdrętwiały i szarpany dogasającymi konwulsjami. Niemniej poprzedni dojmujący ból osłabł wyraźnie, dla odmiany zastąpiony teraz udręką pragnienia.
    Von Klosky wydobył z kieszeni składany polowy kubek, zszedł do Rzeki i zanurzył jego filtrujące denko w wodzie.
    - Masz - podał go Thomasowi. - Tylko pij powoli, żebyś się po tym wszystkim jeszcze nie zakrztusił.
    Drżącą ręką Farquahart odebrał od niego naczynie, starając się nie rozlać drogocennej wody. Sączył ją małymi łykami i po raz pierwszy od chwili powrotu do przytomności przyjrzał się uważniej von Klosky'emu. Zawsze tak schludny arcykonstabl przedstawiał sobą doprawdy wstrząsający widok. Jego szarą ze zmęczenia twarz przyozdabiała sina pręga, biegnąca przez większą część prawego policzka. Lewy był opuchnięty i cały w bąblach, a uniform, porozdzierany i obkurczony w niezliczonych miejscach, nadawał się już właściwie tylko do wyrzucenia. Ale najbardziej niesamowite wrażenie robiła krew, którą Gerhard zbryzgany był od stóp do głów.
    - Deus, wyglądasz, jak rzeźnik po szlachtunku. - Thomas się skrzywił. - Co tu się właściwie stało?
    - A dasz radę poruszać się o własnych siłach?
    Thomas podniósł się powoli. Nogi jeszcze pod nim dygotały, ale już po kilku krokach zaczął stąpać zdecydowanie pewniej. Przez chwilę chodził tam i z powrotem, starając się wygnać z ciała resztki drętwoty.
    - Dam.
    - W takim razie chodź - rzekł von Klosky i ruszył w kierunku zrakowaciałego wręgu konaru.
    Dawno temu, wypchnięty ku górze przez nieznany kataklizm, wręg przeciął spokojny nurt Rzeki kilkupiętrowej wysokości tamą, dając początek Katarakcie i przewalającemu się teraz nad nią wodospadowi. Wypiętrzona struktura ginęła w skłonie Ryftu, ponownie objawiając się na powierzchni dopiero kilkaset metrów dalej na zachód w postaci kostropatego wału, okrytego zregenerowanym płaszczem żywogruntu i porośniętego z rzadka kępami sinej trawy. Kiedy dotarli na szczyt, oczom Thomasa ukazała się trójkątna platforma wyznaczona przez wał, stok Ryftu oraz rozlewisko. Kilkaset metrów ponad nią bambusowy zagajnik, ten sam, który dostarczył mu tylu emocji, biegł wąskim, długim jęzorem daleko, być może nawet do samego septum.
    Gerhard przystanął, położył mu jedną rękę na ramieniu, a drugą skierował w dół.
    - Matko wszechzieleni! - wyszeptał Thomas.
    Niemal dokładnie pośrodku platformy spoczywały dwa nieruchome ciała; leżały na skraju czegoś, co wyglądało jak rozgrzebany śmietnik. Farquahart otworzył usta, by zadać pytanie, lecz Gerhard już zbiegał w dół, więc Thomas bez słowa podążył za nim. To, co ze szczytu wału wziął za porozrzucane śmieci, z bliska okazało się chaotycznym rozsypiskiem mnóstwa kawałków jakiejś szkliście połyskującej substancji, pomieszanych z licznymi strzępami materiału i ubabranych trudną do zidentyfikowania różowawą mazią. Nie mogąc dociec, na co właściwie patrzy, Thomas zignorował dziwaczne śmietnisko, bardziej zresztą zainteresowany parą trupów. Przez chwilę tylko przyglądał się im w milczeniu, przenosząc wzrok z jednego ciała na drugie. Gerhard obserwował go kątem oka, być może spodziewał się po swoim zastępcy dramatyczniejszej reakcji. Lecz Thomas otrzymał już dzisiaj swoją porcję niespodzianek, a poza tym to, co ujrzał, pasowało do jego wcześniejszych podejrzeń i zaczęło nadawać przynajmniej jakieś pozory sensowności pozostałym zagadkom dnia.
    - A niech mnie rozziew - mruknął pod nosem. - Ta stara pierdoła nie łgała...
    Większe z dwóch ciał należało do Rowlanda, syna Juana Kraushaara, głowy jednego z pięciu najznamienitszych klanów w Keshe. Drugi nieboszczyk był jeszcze bardziej znajomy. Thomas klęknął i odgarnął mu włosy z czoła. Tuż ponad nosem jego sobowtóra widniał doskonale okrągły otwór, czysty i gładki, jakby wywiercony świdrem. Typowa rana od pulsatora małego kalibru, użytego z niewielkiej odległości. Ktoś strzelił mu prosto w twarz, uśmiercając na miejscu. Thomas ostrożnie odwrócił głowę nieszczęśnika, której brakowało teraz większej części potylicy, niewątpliwie zdmuchniętej przez rozprężającą się plazmę. Ale krwi nie było tu prawie wcale. Tylko jakieś lśniące drzazgi wystawały ze zdemolowanej czaszki i coś, co przypominało kłębki mokrej, poszarpanej waty.
    - Ależ... to nie jest człowiek! - wyszeptał, wolno podnosząc się z klęczek.
    Kiedy się jednak przez chwilę nad tym zastanowił, doszedł do wniosku, że było to właściwie jedyne logiczne wytłumaczenie. Pomijając Regulamina, co do którego fizycznej natury wciąż nie mógł się zdecydować, Thomas znał tylko dwa inne mannekeny, Bustera i Charliego, spokojnych i niewadzących nikomu samotników z Esendu. Od lat stanowili atrakcję każdego festynu i jarmarku, zabawiając przechodniów swymi nieprawdopodobnymi zdolnościami do zmiany kształtu ciała, a szczególnie upodabnianiem się na poczekaniu do każdego, kto zechciał rzucić im parę gloss.
    Czegoś jednak brakowało Thomasowi w tej makabrycznej scenie.
    - A gdzie Hossan? - spytał, przenosząc wzrok na Gerharda. - Pozwoliłeś mu uciec?
    - Nie - rzekł von Klosky spokojnie. - Stoisz przed nim.
    Thomas cofnął się odruchowo, spoglądając pod nogi.
    - Deus! To jest Hossan Kraushaar?
    Gerhard potwierdził skinieniem głowy.
    Słowa von Klosky'ego były jak zaklęcie odczarowujące ślepca i Thomas ujrzał nagle w bezładnie porozrzucanych szczątkach fragmenty ludzkiego ciała. Nie dostrzegł tego wcześniej, bo, po pierwsze, było tu o wiele za mało czerwieni, po drugie zaś, miejsce rzezi nie tchnęło wcale martwotą. Szczątki poruszały się bowiem, pełznąc coraz szybciej ku środkowi pobojowiska jak czerwie w kierunku mięsa. Thomas poczuł, że włosy stają mu na głowie.
    - O, nie, nic z tego! - zakrzyknął von Klosky, błyskawicznym ruchem porywając z ziemi jakąś różowawą bryłę i dotykając jej w kilku miejscach nieznanym Farquahartowi przedmiotem. Żywogrunt pod ich nogami lekko zadrżał, a pełzające strzępy momentalnie znieruchomiały. Gerhard odetchnął ciężko, po czym wymamrotawszy pod nosem "później się tobą zajmę", schował bryłę do jednej z niezliczonych kieszeni swojego zniszczonego uniformu.
    Przez chwilę Thomas nie mógł się poruszyć, porażony niesamowitą sceną.
    - Mów... - wyszeptał wreszcie.
    - No cóż - rzekł von Klosky, wycierając ręce w swoją zdefasonowaną tunikę. - Zapomniałem, że niezneutralizowany...
    - Nie, nie tak - przerwał mu Farquahart niecierpliwie. - Od początku.
    * * *
    Aż do dzisiaj Thomas był przekonany, że wie to i owo o rodzie Kraushaarów. Gerhard uświadomił mu, że się mylił, i że poza tym, co gadali ludzie, nie wiedział o nich praktycznie nic. Nie miał na przykład pojęcia, że Hossana łączyło z Rowlandem takie samo pokrewieństwo jak jego samego z pseudo-Farquahartem, czyli absolutnie żadne. Różnica polegała na tym, że tamten odgrywał syna Juana Kraushaara już od ponad ośmiu lat, przez cały ten czas wodząc za nos wszystkich w Keshe, ze "swoją" rodziną na czele. Wszystkich, oprócz Gerharda, od dawna świadomego, że Hossan to w rzeczywistości inteligentny i przebiegły manneken, który po wygnaniu go przez enigmatyczną organizację, zwaną przez Gerharda synodem, znalazł sobie schronienie w Keshe, przedzierzgnąwszy się sprytnie w jednego z Kraushaarów. Czym konkretnie Hossan naraził się owemu synodowi, tego von Klosky nie potrafił powiedzieć. Ale wystarczyło popatrzeć na charakter tego drania - egotyzm, skłonność do skrajnego okrucieństwa, nadmierną ambicję oraz głęboką niechęć do podporządkowywania się komukolwiek - żeby zrozumieć, iż prędzej czy później każda grupa musiała go uznać za persona non grata.
    Jednak to, że był banitą, nie oznaczało wcale jego bierności. Przeciwnie, kiedy tylko poczuł się wystarczająco pewnie w nowym domu, przystąpił do dyskretnego przekształcania Keshe w swoje prywatne imperium. Ostrożny, cierpliwy i konsekwentny, pracował na kilku frontach jednocześnie, krok za krokiem podporządkowując sobie Wysokie Rody, pozbawione celu dzieciaki z ulicy, a nawet czerwono-czarnych, którzy desperacko poszukiwali zwolenników. Wszystko po to, by któregoś dnia stanąć siłą naprzeciw synodu i odzyskać to, co w jego głębokim przekonaniu zostało mu tak niesprawiedliwie zabrane.
    Niespodziewane pojawienie się von Klosky'ego skomplikowało życie Hossana, lecz tylko na krótko. Szybko bowiem dostrzegł w tym niezwykłym obcym potencjalny instrument, który w konfrontacji z synodem mógł się okazać skuteczniejszy od jakiejkolwiek armii. Osobiście Kraushaar niewiele sobie robił z tego, kim naprawdę był nowy arcykonstabl. Nie z takimi miał już w życiu do czynienia. Ale jako zupełnie nowy typ agenta "kretów", von Klosky stanowił doskonałą przynętę i zarazem straszak dla synodu. Ze zręcznie preparowanych przez Kraushaara meldunków począł wyłaniać się obraz Gerharda jako prawdziwego jeźdźca Apokalipsy rodem z najmroczniejszych głębin Dołu, a z drugiej strony Hossana jako opatrznościowego męża, który szczęśliwym zbiegiem okoliczności znalazł się we właściwym czasie na właściwym miejscu. Ładnych parę lat zabrało Kraushaarowi urabianie niemrawego i podejrzliwego synodu, nim połknęli haczyk na dobre i zażądali od swojego niegdysiejszego kamrata podjęcia zdecydowanych kroków. Od tej pory Hossan grał już tylko na zwłokę i choć teoretycznie mógł usunąć arcykonstabla w każdej chwili, nie zrobił tego, bo im dłużej istniał ktoś taki jak Gerhard, tym dłużej on sam mógł cieszyć się wyjątkową pozycją, a także samą intrygą. Toteż nadal pozwalał von Klosky'emu wyciągać od siebie rozmaite informacje, przekonany, że przecież i tak prędzej czy później je odzyska, razem ze wszystkimi domniemanymi tajemnicami, których tamten nigdy mu nie zdradził. Nie mówiąc o tym, że bawienie się z von Kloskym w kotka i myszkę po prostu sprawiało mu przyjemność.
    - Czy ty wiesz, że w ostatnich dniach zaczął mi nawet podrzucać najprawdziwsze raporty o postępach, jakie poczynił w doprowadzaniu synodu na skraj kompletnej paranoi? Lecz jeśli rzeczywiście udało mu się wyrwać synod z letargu, to tylko pozazdrościć kanalii daru przekonywania. Swoją drogą ciekawy jestem, jak tamci zareagują teraz na jego nagłe milczenie.
    - Sądzisz, że zechcą sami przyjść tu po ciebie? - zaniepokoił się Farquahart.
    - Niewykluczone, choć prawdę powiedziawszy, byłbym zdziwiony. Synod to żywa skamieniałość, zatopiona we własnej historii.
    - Doprawdy? - Thomas się skrzywił. - W takim razie nie bardzo rozumiem. Tyle zachodu, żeby podlizać się jakiejś grupie zramolałych staruchów? Dostrzegasz w tym jakiś sens? Bo ja nie.
    - Nie twierdzę, że wszystkie motywy Hossana były dla mnie przejrzyste. - Gerhard odchrząknął. - Ale jedno wiem na pewno: synod to prestiż. Elita stara i odsunięta na boczny tor, niemniej wciąż elita przez duże E, przy której tutejsza pseudoarystokracja to hołota bez znaczenia. I możesz się z tego śmiać, lecz dla wielu wykluczenie poza nawias kręgu wybranych to rzecz gorsza od śmierci. Przypuszczam, że tak właśnie było w przypadku Hossana Kraushaara. Nie mógł pogodzić się z utratą statusu i rozpaczliwie pragnął powrócić na łono synodu. Mając do wyboru siłę, fortel bądź przekupstwo, wybrał to ostatnie - przebłagalną ofiarę w postaci głowy demonicznego von Klosky'ego - i prawie mu się udało. Będąc jednak miłośnikiem barokowych intryg, nie potrafił mnie tak po prostu zabić. Dlatego też jego dzisiejsza akcja wyglądała tak, a nie inaczej.
    Gerhard pokrótce opowiedział zdarzenia tego ranka. O tym, jak odkrył, że człowiek, z którym wyruszył rano na rutynowy patrol, nie był jego partnerem, o walce z pseudo-Farquahartem na moście, w czasie której ten nagle zniknął, i o nagłym pojawieniu się Hossana, z którym pojedynek skończył się lądowaniem w Rzece. Zaatakowany znienacka przez Kraushaara, von Klosky ocknął się otoczony cienkimi ścianami bąbla, który nie tylko utrzymywał go na wodzie, ale także blokował wszelkie sygnały, skutecznie uniemożliwiając Thomasowi nawiązanie łączności z arcykonstablem. Na szczęście powłoka nie była z tych szczególnie mocnych ani długotrwałych i stosunkowo szybko poddała się ultradźwiękowemu ostrzu, z którym Gerhard nigdy się nie rozstawał. Zamiast jednak od razu wypłynąć na powierzchnię, von Klosky pozostał jeszcze pod wodą wystarczająco długo, żeby wywrócić membranę na drugą stronę i wleźć w nią z powrotem, tak by ekranowanie działało na jego korzyść.
    O mało się przy tym nie utopił i przeżył prawdziwy koszmar, usiłując wydostać się z wody w tej groteskowej prezerwatywie, ale wysiłek opłacił się z nawiązką. Pozostając poza zasięgiem wyczulonych zmysłów Hossana, Gerhard dotarł nad Kataraktę w chwili, gdy kłótnia pomiędzy jego niedoszłymi porywaczami sięgnęła zenitu. Kraushaar musiał wpaść w furię, ujrzawszy, jak spieprzyli całą sprawę, i pierwszy wybuch swego gniewu skierował na pseudo-Farquaharta. Czy pomiędzy dwoma mannekenami doszło do wcześniejszej wymiany żalów, tego Gerhard nie wiedział. Kiedy bowiem wyjrzał zza wręgowego wału, nieszczęsny sobowtór Thomasa leciał właśnie bezwładnie z nóg, a rozsierdzony Hossan chował pistolet do olstra. Na drugi ogień poszedł Rowland, któremu oberwało się za wszystko od urodzenia. Wkrótce "bracia" zatracili się we wzajemnym zacietrzewieniu, stwarzając Gerhardowi idealną okazję do ataku. Trafiony skoncentrowanymi ładunkami kolejno w głowę, klatkę piersiową i nogi, Rowland był martwy, nim jeszcze jego tłusta padlina dotknęła żywogruntu. Ale z Hossanem nie poszło już tak łatwo. Tempo jego reakcji było iście nadludzkie i mimo że został wzięty z zaskoczenia, pierwszy omal nie odstrzelił von Klosky'emu szczęki, czyniąc ekwilibrystyczne wręcz uniki i szybko posuwając się w stronę arcykonstabla.
    Prawdopodobnie Kraushaar wyszedłby z tego pojedynku cało, gdyby nie Thomas. Kiedy wypadał z bambusowego zagajnika, Farquahart myślał jedynie o tym, żeby nie rozsmarować się na stromym zboczu, ale Hossan wziął to za zaplanowany manewr. Przestraszony, że strażnicy chcą wziąć go w dwa ognie, na moment się zawahał, co Gerhard z wielką przytomnością umysłu wykorzystał. Strzelił w głowę mannekena, skupiając w tym jednym wyładowaniu cały zapas energii neutralizatora. Kraushaar runął w konwulsjach na ziemię, ale w ostatnim, mściwym geście zdążył jeszcze przesłać wrogie instrukcje poliprocesorom Thomasa. Von Klosky usłyszał krzyk, lecz nie miał już żadnej broni poza swoją maczetą, i nim Hossan przyszedł do siebie po szoku, Gerhard spadł na niego niczym jastrząb, rąbiąc kanalię ultradźwiękowym ostrzem. Dopiero gdy z Kraushaara zostało to, co teraz leżało u stóp Thomasa, von Klosky pośpieszył z pomocą swojemu zastępcy, niemal w ostatniej chwili ratując go przed zsunięciem się w kipiel Katarakty.
    * * *
    Przez chwilę żaden z nich nie odzywał się ani słowem. Wokół panowała cisza jak w jakiejś świątyni, Rzeka płynęła niezmiennie na północ, żywoskłon jaśniał, jak jaśnieć będzie jeszcze za sto czy dwieście lat, i tylko ta makabreska wokół Thomasa nie pasowała do spokojnej harmonii otoczenia. Dziwnym kontrapunktem dla uporządkowanego świata potrafią być działania istot obdarzonych rozumem...
    Zamyślony Thomas trącił czubkiem buta pierwszy z brzegu strzęp tego, w co zmienił się niegdyś dumny i pewny siebie Hossan Kraushaar.
    - Powinniśmy chyba coś z tym zrobić, nie uważasz?
    - Za moment - rzekł Gerhard, patrząc Farquahartowi w oczy. - Na razie chciałbym, żebyś mi pomógł w rozwiązaniu pewnego dylematu.
    - Jakiego?
    Von Klosky sięgnął do szyi i odpiął stójkę z insygniami swego urzędu. Po krótkim namyśle dorzucił do tego jeszcze obydwa trójwymiarowe emblematy z rękawów. Thomas przyglądał się temu zaintrygowany.
    - Takiego - wyjaśnił Gerhard półgłosem - czy pójść za głosem odpowiedzialności i rozsądku, czy też może raczej za namową serca. Albo zwykłego egoizmu, jeśli już nazywać rzeczy po imieniu. Chcesz, możesz zinterpretować to jako tchórzostwo z mojej strony albo ucieczkę przed odpowiedzialnością, masz prawo. Bo rzeczywiście nie byłem wobec ciebie całkiem w porządku. Co prawda nie do końca z własnej winy, ale to i tak niczego nie zmienia. Jednak bez względu na to, co sobie pomyślisz, fakt pozostaje faktem: muszę stąd odejść.
    - To znaczy skąd? - bąknął skonsternowany Thomas.
    - Z Cheshire, z tego segmentu... - odparł von Klosky nienaturalnie przygaszonym głosem. - Nie tak miało to wyglądać, ale cóż zrobić? Los to już taka złośliwa świnia...
    - O czym ty gadasz? - zdumiony Thomas nie wierzył własnym uszom.
    - O problemach, które domagają się mojej obecności w całkiem innym miejscu. - Mówiąc to, Gerhard odwrócił twarz i tęsknym wzrokiem popatrzył w stronę miasta.
    - Problemy? Deus, myślałem, że właśnie się ich pozbyłeś! - Thomas szerokim gestem wskazał to, co zostało z Hossana i jego wspólników.
    - Ach, ci... - mruknął von Klosky, machnąwszy ręką. - To tylko moje osobiste kłopoty, niemające nic wspólnego z tym, o czym mówię.
    Na moment zamilkł, ponownie spoglądając ku Keshe.
    - Wiesz, czego najbardziej nie lubię, Tom? Roboty, którą się rozpoczyna i w połowie rzuca w kąt. Jeszcze rok, najwyżej dwa, i system napędzałby się sam, a ja mógłbym nareszcie odetchnąć i zająć się czymś normalnym. Może nawet otwarłoby się tu jakąś szkołę z prawdziwego zdarzenia, kto wie? A tak? Sto tysięcy pouchylanych drzwi, przez które ludzie zaczną maszerować na oślep, jeśli nikt tym dalej odpowiednio nie pokieruje. I dlatego chciałem cię prosić - jego chłodne oczy ponownie spoczęły na Farquaharcie - żebyś przejął po mnie obowiązki arcykonstabla.
    Thomasowi zawirowało przed oczami i przez kilka długich sekund wpatrywał się tylko oniemiały w twarz swojego zwierzchnika. Musiał się przesłyszeć...
    - Wiem, co w tej chwili myślisz - rzekł von Klosky półgłosem. - "Stary cap nawarzył bigosu, i chce mi go wywalić na łeb, a sam zniknie stąd jak szczur", nieprawdaż?
    Thomas miał już przygotowany w głowie własny tekst, teraz jednak zamilkł, skonsternowany, bo Gerhard dosłownie wyjął mu te słowa z ust.
    - Tak, narobiłem w waszym mieście zamieszania - kontynuował von Klosky. - Przewróciłem parę rzeczy do góry nogami, wpędziłem w głęboką depresję kilku nadętych pajaców, doprowadziłem do zalegalizowania przemytu, czyniąc z niego zwykły handel. Praktycznie zdemontowałem cały wasz stary układ i diametralnie zmieniłem życie tysięcy tutejszych ludzi, co zresztą od samego początku było moim celem. Wiedziałem jednak, że nie będę tu siedział wiecznie, pomyślałem więc, że dobrze byłoby znaleźć kogoś, kto po moim odejściu przypilnuje, żeby skopany przeze mnie zagon nie zarósł na powrót chwastami. Kilku kandydatów wpadło mi w oko, ale głównym byłeś właśnie ty. Niestety, po drodze nie uniknąłem błędów. Po pierwsze, zbyt głęboko dałem się wciągnąć Hossanowi w jego podstępną grę, z wolna zaniedbując wszystkie inne sprawy. A po drugie, o wiele za długo zwlekałem z wtajemniczeniem cię w moje plany, przez co omal nie doprowadziłem do tragedii. Sądziłem jednak, że mam jeszcze mnóstwo czasu.
    - Ale... dlaczego właśnie ja? - wyszeptał Thomas oszołomiony.
    - Bo jestem pewien, że świetnie byś sobie poradził. Masz w zasadzie wszystko, czego trzeba: charakter, inteligencję, zdecydowanie, a co najważniejsze, potrafisz instynktownie odróżniać dobro od zła. Zresztą nie zostawiałbym cię zupełnie samego. We wszystkich kwestiach proceduralnych mógłbyś spokojnie zdać się na Regulamina. Znalazłem też w mieście kilka osób, na których można polegać i które z ochotą służyłyby ci wsparciem.
    Przy tych słowach wyciągnął w kierunku swojego zastępcy prawą rękę, tę, w której wciąż trzymał pobłyskujące insygnia.
    - Więc jak?
    Thomas z wahaniem odebrał od niego stójkę i naramienniki. Oto miał w ręku symbole tego, o czym marzył co drugi dorastający smarkacz w mieście. Symbole trzeciej władzy, a może już nawet pierwszej, jeśli dobrze zrozumiał Gerharda. Przez chwilę obracał insygnia w dłoniach, z odrobiną żalu spoglądając na jaskrawe, nieustannie poruszające się w ich półprzezroczystym materiale piktogramy.
    - Och, Deus, skoro tak się już uparłeś, to idź - wybąkał w końcu ze smutną rezygnacją, uciekając wzrokiem od bladoniebieskich, wyczekujących oczu von Klosky'ego. - Ale... ja tego nie biorę.
    O dziwo, Gerhard wcale nie okazał zmartwienia czy rozczarowania, usłyszawszy odmowę. Przeciwnie, nawet się rozluźnił, a na jego napiętej dotąd twarzy pojawił się wyraz ulgi, kiedy Farquahart oddał mu emblematy. Nie nałożył ich jednak z powrotem, lecz zwyczajnie wsadził wszystko do jednej ze swych niezliczonych kieszeni.
    - Nie, powiadasz? - spytał, zerkając na Thomasa spod wpółprzymkniętych powiek.
    - Nie - odrzekł ten zdecydowanie. A widząc podejrzanie dwuznaczny uśmieszek, wykwitający na wargach von Klosky'ego, dodał szybko: - Rany Drzewa, tylko sobie nie pomyśl, że ze mnie jakiś trzęsidupa albo niewdzięczny zarozumialec. Doceniam twoje zdanie o mnie, i w ogóle... Co tam doceniam, dumny jestem jak paw, taka jest prawda. Jednak nie mogę. Po prostu nie czuję się na siłach. Gdybyś mnie uprzedził, wyjaśnił sprawy wcześniej, przygotował jakoś, do licha... Ale nie tak znienacka, jak łuk z żywoskłonu! Mówiłeś, że są jeszcze jacyś inni, tak? Więc daj to któremuś z nich. Proszę bardzo, możesz im nawet polecić mnie jako zastępcę, chętnie pomogę. Ale arcykonstabl...
    - Doskonale cię rozumiem - powiedział Gerhard, gubiąc gdzieś swój enigmatyczny wyraz twarzy. - Każdy zdrowo myślący człowiek na twoim miejscu powiedziałby to samo. Skoro jednak nie interesuje cię urząd, to co byś powiedział na inną propozycję?
    - Jaką znowu?
    - Idź ze mną - rzekł Gerhard wprost.
    - Iść z tobą?
    - Właśnie. Może zabrzmi to egoistycznie, ale szczerze mówiąc, liczyłem na to, że nie przyjmiesz tych świecidełek. Bo wtedy musiałbyś tu zostać, a ja wolałbym nadal mieć cię przy sobie. Ktoś taki jak ty wkrótce może mi się okazać bardzo potrzebny. Uprzedzam jednak uczciwie, że nie będzie to krótka, spokojna wycieczka za miasto. Możesz już nigdy więcej nie ujrzeć swojego Cheshire, toteż dobrze się zastanów, zanim odpowiesz. Nie chcę od ciebie żadnej pochopnej decyzji.
    Farquahart słuchał, czując oblewającą go na nowo falę mimowolnego wzruszenia. Zastanawiać się? Deus, nad czym? Od chwili kiedy von Klosky oznajmił mu swoją szokującą decyzję o opuszczeniu Keshe, w Thomasie kołatała cicha nadzieja, że może to jednak wcale nie jest koniec ich znajomości. Thomas poszedłby z Gerhardem, tak jak stał! Nic go w Keshe nie trzymało, żadna rodzina, kochanka, interesy ani praca. I zawsze marzył, że kiedyś wreszcie wyrwie się z tej zatęchłej mieściny, w której życie coraz bardziej przypominało powolną kastrację. Że zobaczy kawałek innego świata, przeżyje coś ekscytującego... Gdyby nie Gerhard, to kto wie, może nawet któregoś dnia przyłączyłby się do szklarzy, którym zresztą od małego zazdrościł. Nie dla ich pieniędzy, bo o te niewiele dbał, ale z powodu tego, gdzie tamci bywali i co widzieli podczas swoich przemytniczych wypraw. Godzinami mógł słuchać ich opowieści, nieważne, że ubarwionych i często naciągniętych do granic możliwości. A von Klosky prosi, żeby się zastanowił! Doprawdy, czyżby znał go aż tak słabo?
    - Daleko mielibyśmy iść? - spytał, pozornym wahaniem próbując zamaskować swoje podniecenie.
    - A gdyby to było nawet bardzo daleko? - odparł Gerhard pytaniem na pytanie.
    - Co, do następnego segmentu?
    - No nie, trochę dalej.
    - Czyli gdzie? Do Pnia?
    - Och, na pewno nie w tamtym kierunku! - zaprzeczył Gerhard energicznie.
    - Zatem na południe?
    - Zgadza się, na południe. A potem dalej.
    Thomas uniósł brwi.
    - Jeszcze dalej? Aż do samych gron?
    Von Klosky ponownie pokręcił przecząco głową.
    - Jasna mgła, Gerhard! - Thomas zniecierpliwił się tą zgadywanką. - To gdzie ty w końcu chcesz iść?
    - Na Dół, Tom.
    Thomas momentalnie zesztywniał.
    - O, Matko wszechzieleni!
    Dół. Na wpół mityczny, nieskończenie wielki Dół. Nieznanej natury ani struktury, nieogarniony, budzący odwieczną grozę jego współziomków Dół; że martwy, że wiecznie roztrzęsiony, że śmierdzący i rzygający trucizną... Przerażający, okrutny i zakazany, jak kiedyś straszył go stary Traevervort, w dobrej wierze chcąc obrzydzić dziesięcioletniemu Farquahartowi myśl o dalekich podróżach. Gdzie upadli, wygnani bądź z niepojętych przyczyn dobrowolnie rezygnujący z życiodajnych objęć Drzewa nieszczęśnicy wiedli nader krótki i godny pogardy żywot, dzień za dniem na granicy okrutnej śmierci...
    - O, Matko wszechzieleni! - powtórzył Thomas, szklistymi z emocji oczami wpatrując się w Gerharda. - Na Dół, do hadesu!
    Von Klosky milczał, lecz w głębi ducha zastanawiał się, czy aby nie przecenił swoich umiejętności w ocenie ludzkich charakterów. Niewątpliwie Farquahart był wyjątkowym młodzieńcem, prawdziwą perłą wśród reszty tutejszych Eloi, otępionych stuleciami egzystencji w cieplarnianym odosobnieniu megastruktury. Lecz nawet on od urodzenia nasiąkał światopoglądem opartym na prostej dwoistości: z jednej strony Drzewo, ucieleśniony raj i azyl, a z drugiej Dół, równie rzeczywiste i zgoła niemetafizyczne piekło, ostateczna granica i miejsce przeznaczenia wszystkich złych, potępionych i niechcianych. Otwarty umysł i zapał mogły stanowić niewystarczającą przeciwwagę dla atawistycznych lęków chłopca, a przestraszony Farquahart nie był tym, kogo Gerhard teraz potrzebował najbardziej.
    - Posłuchaj mnie, Tom - rzekł von Klosky, starając się, by jego głos zabrzmiał spokojnie i przekonująco. - Dół nie jest aż tak straszny, jak myślisz. Żyją tam ludzie, i to nie jakieś półdemony czy wygnani z Edenu wariaci, nie żadni nieszczęśni pokutnicy, w nieskończoność rozpamiętujący zagładę odległej Ziemi, jak to wam od zawsze wmawiano, ale normalni ludzie, tacy jak ty czy ja. Czasami jest im tam bardzo ciężko, to prawda, i mają trochę inne problemy niż wy tutaj, ale mimo wszystko jakoś sobie radzą...
    Thomas istotnie się przeląkł, lecz wcale nie zejścia do piwnicy świata, ale jedynie tego, że Gerhard mógł wziąć jego chwilowe osłupienie za objaw tchórzostwa i cofnąć swoją ofertę.
    - Dlaczego mówisz do mnie jak do dziecka? - przerwał von Klosky'emu z wyrzutem. - Sądzisz, że strach mnie obleciał? No, wiesz co!
    - Tom, nie unoś się - zmitygował się szybko Gerhard. - Pomyślałem tylko, kiedy zobaczyłem wyraz twojej twarzy...
    - Bo mnie zastrzeliłeś, człowieku, ściąłeś z nóg! - Thomas wpadł mu w słowo. - Rany Drzewa, przecież ja zawsze, odkąd pamiętam, marzyłem o tym, żeby choć raz w życiu być na Dole!
    - Ale te wasze legendy...
    - Jakie nasze! - prychnął Thomas pogardliwie. - Szklarze je tworzą, bo to dla nich wygodne. Że niby odstraszą w ten sposób potencjalnych konkurentów. Już ja dobrze wiem, przez ile trzeba podzielić te ich niesamowite bajania, żeby wyszło coś na kształt prawdy.
    - No, to też nie jest do końca tak... - zaczął von Klosky, szybko jednak ugryzł się w język. - Czyli że nie miałbyś nic przeciwko temu?
    - Przeciwko czemu? Żeby z tobą iść i zostawić to nudne miasto raz na zawsze? Żartujesz chyba! Ty mi tylko powiedz, kiedy wyruszamy.
    Zmarszczone czoło von Klosky'ego wygładziło się momentalnie.
    - Dzisiaj. Jest jeszcze kilka drobnych spraw, które muszę załatwić, ale długo to nie potrwa. Najpierw jednak - rzekł, omiatając wzrokiem pobojowisko - trzeba tu zrobić porządek, tak jak mówiłeś. Nie ma sensu niepotrzebnie kusić losu.
    
    

Wawrzyniec Podrzucki

 
  
  
Copyright (c) 1998-2003 Załoga G
  poprzednia strona : spis tresci : następna strona