Czy komiks zza oceanu jest gorszy od naszego europejskiego? Czy styl narracji w historyjkach obrazkowych tworzonych w Ameryce różni się od tego tworzonego na Starym Kontynencie? Wreszcie czy rysunki są odmienne w książeczkach po dwóch stronach wielkiej wody? Na te pytania istnieją na pewno najróżniejsze odpowiedzi. Opinii, bowiem jest tyle, co ludzi, więc trudno jednoznacznie określić, który rodzaj tego typu literatury jest obiektywnie lepszy lub gorszy. Można jedynie przeanalizować pewne fakty świadczące na korzyść bądź niekorzyść któregoś z powyższych. Istnieją, bowiem różnice stawiające na pierwszym miejscu zarówno i historie o superherosach jak i często zaangażowane opowiastki ambitnych twórców europejskich.
W naszym kraju niedoceniane są komiksy pochodzenia amerykańskiego nie można jednak zapomnieć o ich miejscu na krajowym rynku. Przede wszystkim nie można zapominać, od czego naprawdę ten nadwiślański komiksowy Bum się rozpoczął. Nie mam na myśli w tej chwili wydawanych w latach osiemdziesiątych polskich lub węgierskich (lub też innych zaprzyjaźnionych narodowości) obrazkowych historyjek, które bądź pod przykrywką komunistycznej propagandy bądź też w celu ukazania owej "zaprzyjaźnionej" twórczości jednak trafiały w ręce czytelników i fanów tej sztuki. Tak naprawdę początków obecnej komiksowej nawałnicy na nasze księgarnie dopatrywać się można w czerwcu 1990 roku.
Tego magicznego miesiąca w kioskach w całym kraju pojawiły się PIERWSZE numery "Spider-Mana" i "Punishera". Wyjątkowe również - a może właśnie przede wszystkim - było to, iż było to pierwsze cykliczne wydawnictwo, które rzeczywiście, co równy (no może nie tak doskonale równy) miesiąc dawało czytelnikowi nowy odcinek opowieści o jego ulubionym bohaterze. Wcześniej, bowiem zdarzały się przypadki prób ukazania w Polsce tego typu formy wydawniczej, lecz zawsze nieudane. Wcześniej próbowano utworzyć tzw. COMICS fan club, wydawnictwo AS zażyczyło sobie nawet 2000 złotych (wtedy jeszcze oczywiście starych) wpisowego i miało wysyłać komiksy pocztą - niestety skończyło się na "Tomku Grocie" (w bardzo, delikatnie mówiąc, słabej formie edytorskiej) oraz pierwszej z czterech części kultowego już w niektórych kręgach dzieła autorstwa Franka Millera i Klausa Jansona pod tytułem "Elektra". Poza tym ukazał się w roku 1989 dziwny twór z okazji 50-lecia istnienia tytana Amerykańskiej kultury, Supermana, nakładem oficyny Almapres, która jednak już nigdy nie powróciła do wydawania tego typu literatury. Również Beta Books chciała zaprezentować polskim czytelnikom przygody jednego z równie zasłużonych herosów, a mianowicie Batmana, w zbiorze historii opatrzonym tytułem "Przysięga zza grobu". Ta całkiem zgrabnie wydana książeczka trafiła na półki naszych księgarń w roku 1991 i niestety została już chyba w tej chwili całkowicie zapomniana.
Tak wiec wracając do pamiętnego czerwca roku 1990 jak wspomniałem rozpoczęcie Marvelowskiej sagi, w dość ciekawej dla polskiego czytelnika jakości edytorskiej (mam tu na myśli przede wszystkim format A5, gdyż większość dotychczasowych publikacji, jak i z resztą w chwili obecnej na rynku europejskim wydaje się w formacie A4), oraz z zapowiedzią następnej części już w przyszłym miesiącu było naprawdę nie lada wydarzeniem. Rzeczywiście w trzydzieści kilka dni później w kiosku można znaleźć było następny odcinek. I tak udało się Pająkowi (jedynie Pająkowi niestety) przetrwać przez kolejne 102 miesiące. Obok wspomnianego weterana na naszym rodzimym rynku zaistnieli: Punisher, Superman, Batman, X-men, Green Lantern, Spawn, Wild Cats lub też bohaterowie małego i dużego ekranu tacy jak Luke Skywalker ze słynnej sagi George'a Lucas'a pt. "Gwiezdne Wojny" albo para tajnych agentów z tajemniczej komórki rządowej z serialu "Z Archiwum X", dla trochę młodszych czytelników: G.I.Joe, Transformers oraz trochę mniej popularni bohaterowie tacy jak: Fantom, Tarzan, Indiana Jones, Conan. Wszystko zebrane do kupy daje całkiem sporą kolekcję i niezły przekrój tego, co czytało się za Oceanem i co było ciekawe.
: do góry : | |
Oprócz wspomnianych cyklicznych serii nasz dobroczyńca zaskakiwał, co jakiś czas "Wydaniem Specjalnym", które następnie przerodziły się w cykle: "Mega Marvel", "Top Komiks", "Mega Komiks". W tych seriach poznać można było najwykwintniejsze perełki oraz prawdziwe klasyki z udziałem najznakomitszych postaci uniwersum Marvela, DC, Image a nawet Dark Horse prezentowane przez prawdziwych Mistrzów gatunku. Niestety, schyłek stulecia podziałał destrukcyjnie na naszego dostarczyciela rozrywki i TM-Semic (bo oczywiście o tym wydawnictwie mowa, jakby ktoś jeszcze się nie domyślił) musiało pożegnać się ze swoimi wielbicielami. Był to koniec pewnej ery w dziejach polskiego rynku opowiastek obrazkowych. Zaczął się, bowiem okres wielkich wydawnictw zasypujących czytelników najróżniejszymi dziełami ze wszystkich stron świata. Jednak TM-Semic nie daje jeszcze za wygraną i propagując dalej twórczość amerykańską w jej najczystszej postaci (tzn. serii komiksów o superchłoptasiach przeróżnego pokroju) przekształciło się w FunMedia i na rok obecny zapowiedziało bardzo odważnie szereg interesujących pozycji (od kilku miesięcy wydawnictwo nie daje znaków życia, więc nie najlepiej to świadczy o stanie jego finansów - dop. redakcji).
Zobaczymy, co z tego wyjdzie i trzymam (ja przynajmniej) mocno kciuki! Nie można zapomnieć jednak, że właśnie w latach dziewięćdziesiątych w księgarniach i kioskach oprócz wspomnianych przeze mnie superbohaterów spotkać można było tylko "Thorgala" oraz "Komiks Fantastykę" - magazyn prezentujący osiągnięcia europejskich twórców. Nie chciałbym tu w żaden sposób ubliżyć tym wspaniałym pozycjom, lecz nie wydaje mi się, aby tak ubogi repertuar mógł wychować pokolenie komiksiarzy, które to dziś jest klientem Egmontu, Motopolu czy Mandragory, bądź Siedmiorogu. Egmont starał się wychowywać wówczas najmłodszego odbiorcę znakomitym "Asterix'em" lub "Kaczorem Donaldem" i "Myszką Miki" (poniekąd również bohaterami z Ameryki rodem). I był to bardzo słuszny krok wydawnictwa, za który w tej chwili zbiera owoce. Komiksy wydawane obecnie to w druzgoczącej przewadze dzieła twórców europejskich. Wśród nich można jednak znaleźć pozycje autorów zza wielkiej wody takich jak Neil Gaiman lub Frank Miller. Nie są to jednak typowe amerykańskie historyjki opowiadające o losach superpostaci w obcisłych trykotach. Sporą część nakładów zajmują również perypetie bohaterów Gwiezdnych Wojen. Jedynie oficyna Mandragora zajęła się przywracaniem do łask typowych historii amerykańskiej sztuki komiksowej. Ale i tutaj nie można znaleźć opowieści typu "Pieśni Egzekutora" albo kultowej sagi "Cierpienie" Todd'a McFarlene'a, lecz raczej twory nowego nurtu (nie licząc sagi "Wolverine: Origin" utrzymanej w klasycznym dość stylu), np. "Transmetropolitan" Ellis'a i Robinson'a. W Stanach bowiem, komiks również przechodzi mały kryzys w związku z czym poczyniono pewne zmiany i niektóre z pozycji opowiadają już nieco inne historie. Twórcy szukają nowej formy narracji, nowego typu bohatera oraz zupełnie nowych rozwiązań fabularnych.
Wychwalany niegdyś "Spawn" stał się czymś w rodzaju niezbędnego minimum dobrego amerykańskiego komiksu. Tragiczny, nietypowy dotychczas bohater uwikłany w historię z piekła rodem (bardzo często dosłownie z piekła) walczy nie tylko z przestępcami lub siłami zła, ale i z własnymi słabościami i demonami własnej osobowości. Tak więc i w Ameryce ewolucja obrazkowych opowieści zwraca się ku fabularnym przykładom dzieł Starego Kontynentu. Nie jest jednak nic niezwykłego gdyż każda sztuka, a tym bardziej taka jak komiks nastawiona również na sukces komercyjny musi się zmieniać. A najłatwiej zwracać się ku sprawdzonym standardom. Niegdyś w Europie ,można powiedzieć, też coś ściągnięto zza Oceanu, mianowicie modę na serie książeczek. Sagi takie, które się nigdy nie kończą to raczej wymysł Amerykanów, o czym najlepiej świadczyć może liczba odcinków najpopularniejszych serii. Serialowość taką zaobserwować można wśród tytułów wydawanych od lat na naszym kontynencie. O ile ogólną cechą komiksu jest również jego wspomniana forma na długotrwałe snucie fabuły o tyle historie o superbohaterach są i chyba przez najbliższych kilkadziesiąt lat będą niedoścignionym ideałem. Wszystko to stanowi o niesłychanej rozciągłości tematów poruszanych na łamach comiesięcznych odcinków, o wielu grupach docelowych mogących znaleźć coś dla siebie, jednym słowem o nieograniczonej uniwersalności komiksu w Stanach. Rodzaj ten, niedoceniany właśnie w naszym kraju, oceniany jako płytki i głupkowaty wniósł również bardzo wiele do twórczości rodzimych rysowników i scenarzystów. Nietrudno dopatrzyć się wpływu Lobo na niektóre polskie komiksy. Istnieje również wiele historyjek parodiujących superbohaterów, odniesienia do słynnych sag są integralną częścią stylu niektórych scenarzystów.
Reasumując: komiksy lat dziewięćdziesiątych to w większości produkcja amerykańska - ta niedoceniana - a jednak właśnie ta, która wychowała dość liczną rzeszę ówczesnych komiksożerców. Trudno powiedzieć czy gdyby nie było bohaterskiego Supermana i okrutnego Pogromcy, tak wielu sięgałoby dziś po ambitne dzieła takie jak "Sandman" czy "Kaznodzieja". Trudno również określić czy gdyby nie te ogłupiające - zdaniem wielu - książeczki z obrazkami w tej chwili mielibyśmy coroczne spotkania komiksowe w Warszawie czy w Łodzi. Według mnie nie doszłoby do tego tak zwanego komiksowego BUMu i obecne potęgi takie jak Egmont lub Motopol musiałyby zacząć swoja bytność na polskim rynku od oferty TM-Semica. Być może się mylę, lecz niektórym faktom trudno zaprzeczyć. Czytelnik musi się na czymś wychować, a niewielu już naprawdę pamięta czasy "Wieczoru Wybrzeża" lub "Świata Młodych", w których to zbierały się najznakomitsze wówczas perełki ilustrowanej sztuki. Obecni fani wychowali się właśnie na Spider-Manie, X-menach i innych, wydawałoby się, banalnych i płytkich bohaterach. Jednak to właśnie dzięki nim możemy dziś w pełni podziwiać szerokie spektrum stylów i odmian tej sztuki, jaką bezapelacyjnie jest właśnie sztuka narracji obrazem nazwana po prostu (z reszta też od angielskiego "comic strip") KOMIKSem.
|