Pytanie: dlaczego nie pisałem. Zdarzały się maile więc macie także prawo do odpowiedzi. Nie pisałem bo nagle zdałem sobie sprawę, że pisząc coś, zaczynam robić z siebie durnia albo powtarzać ogólniki i truizmy. Jedyny sposób który daje człowiekowi spać spokojnie po napisaniu tekstu który idzie w przestrzeń i czyta go ileś tam osób, to tekst ironiczny. Tekst w którym ironia poobsiadała wszystkie zdania i kracze tak, że aż ciarki po grzbiecie przechodzą. Ironia nie sprawia wstydu, bo człowiek ironizujący się nie myli, co najwyżej mądrzej lub bardziej głupio wyśmiewa wszystko na tym świecie.
Nie pisałem także bo poczułem spadek energii. Zacznijmy od tego, że mam wizję Garbatych Myśli. Ale oczekuję odzewu. Możecie mnie kopać po jądrach, łamać kości, szarpać za włosy.
Dlaczego napisałem o ironii? Żyjemy w świecie postmodernizmu, a postmodernizm zakłada, że nie ma jednej prawdy. Matematyk wam powie, że matematyka jest prawdziwa przy akceptacji jakichś tam założeń, fizyk powie, że fizyka nie bada praw ogólnych, ale prawa funkcjonujące w pewnym wycinku rzeczywistości.
Z jakich założeń wychodzę? Człowiek powinien się położyć na ziemi i umrzeć. Tak naprawdę nie ma sensu budować samolotów, wysyłać wahadłowców w przestrzeń kosmiczną, pisać książek, posyłać dzieci do dobrych szkół, kochać, nienawidzić. Dlaczego?
Wyobraźcie sobie oś. Na osi mamy podziałkę liczbową. W środku mamy zero. Po naszej prawej jest plus jeden, plus dwa, plus trzy. Po lewej minus jeden, minus dwa, minus trzy. W miejscu zera wyobraźcie sobie punkt. A potem wyobraźcie sobie że ktoś rozciąga ten punkt jak gumkę. Tak bardzo że punkt napina się i powiększa i osiąga i plus jeden i plus dwa. Choć nadal wszystko jest zerem. Plus jedynka to materia, minus jedynka to antymateria, plus jedynka to prawda, minus jedynka to kłamstwo, plus jedynka to życie, minus jedynka to śmierć. Świat to fluktuacja energii bo tak naprawdę nie ma nic, jesteśmy rozciągniętym zerem na dwie przeciwności. Jeśli potraktować świat wycinkowo to widzimy coś. Gdy potraktujemy go całościowo: widzimy że nie ma nic. Konkretnie są siły które się znoszą. Życie spotyka śmierć i nie ma nic. Materia spotyka antymaterię i się anihilują, prawda spotyka kłamstwo i nie wiadomo co jest czym. Wtedy wracamy do zera. Cała nasza aktywność to fluktuacja energii, efekt rozciągnięcia zera.
Dlaczego zero się rozciągnęło? Nie wiem. Może to wielki plan Boga który chciał zobaczyć co z tego wyniknie, może dlatego, że zero jest niestabilne i pulsuje, bo świat nie znosi próżni, ale nie może utrzymać fluktuacji? Czas przed wielkim wybuchem to czas zero. Wybuch to powstanie fluktuacji. Pulsowanie nicości. Człowiek także jest fluktuacją energii. Gdy tylko gigantyczny proces zawróci do zera, prawem znoszenia się zjawisk, nie pozostanie nic.
To jak w historii o Bogu który nie wiedział po co jest. Ludzie przychodzili do niego, pytali po co żyją, on im wymyślał reguły, cele, ale tak naprawdę to jedno - sens - było dla niego niedostępne. Ciężar tej świadomości był tak wielki, że uciekł.
Jaki jest więc powód abym pisał? Mogę robić wiele rzeczy, uwodzić kobiety, sypiać z nimi, pić alkohol, uczyć się, zakładać sobie cele, osiągać je i kreować pozory. Proszę państwa zastanawiałem się czy nazwy Garbatych Myśli nie zmienić na coś w stylu "Kreując pozory". Człowiek może kreować tylko pozory. Większe lub mniejsze. Bo czy nauki ścisłe nie są także pozorami? Marami?
Kant obalił fizykę za pomocą prostego procesu myślowego. Ponieważ w fizyce wychodzi się najpierw od hipotezy, albo od doświadczenia, więc tak naprawdę nie można mieć pewności co do tego czy wnioski są właściwe. Ciągnął on swój wywód w sposób następujący: aby zweryfikować i udowodnić wnioski z doświadczenia tak aby nie pozostały żadne wątpliwości, trzeba wykonać ileś tam prób. Ale nawet jeśli wykonamy je tysiąc razy, nie będziemy mieli pewności czy za tysiąc pierwszym razem wynik nie będzie inny. Rozwiązaniem byłoby tylko wykonywanie danego doświadczenia nieskończoną ilość razy. Dlatego - według czysto teoretycznego rozumowania (któremu chyba nic nie można zarzucić) nie mamy pewności czy kiedyś wszystkie samoloty nie spadną, bo okaże się że zaistniał taki moment, w którym wyszło nam, że doświadczenie za kolejnym razem akurat się nie powiodło.
: do góry : | |
Z tego też powodu hołd jaki pokładamy współczesnej nauce jest bardzo na wyrost. Ale pójdźmy z naszym rozumowaniem dalej. Jak człowiek może określić się wobec świata, jeśli zdaje sobie sprawę, że czas jest także wymiarem przestrzeni, nie do końca jednak danym do wglądu człowiekowi? Wszelka zmiana - z perspektywy człowieka - jest wykonywalna tylko w określonym czasie. Mówi się przecież o przyczynie i skutku tylko w określonym czasie. A jeśli my nie widzimy tego, że jest poukładany od początku do końca, jak przestrzeń? Mamy najwidoczniej do czynienia z wielkim, stabilnym mechanizmem w którym nic się nie zmienia. Bo jeśli czas wyobrazić sobie jako długość, to wtedy mamy określone obiekty w pewnych odstępach w przestrzeni. W rezultacie: wszystko jest przewidywalne.
Aby było jaśniej przejdziemy do niemieckiego geniusza Gottfrieda Wilhelma Leibniza (który odkrył także rachunek całkowy i różniczkowy). Leibniz stworzył sobie pewna konstrukcję myślową w swojej książce, a swoją koncepcję nazwał monadologią. Według Leibniza każdy człowiek, przedmiot, zjawisko, jest monadą o różnym stopniu komplikacji. Czym jest monada? Monada to wzór matematyczny, jeden z tych o których uczyliśmy się w szkole. Na przykład igrek równa się iks kwadrat.
Monada nie istnieje w czasie, ale poza nim. Wszystko to co widzimy to emanacja - jakby zewnętrzny obraz monady, jakiś rodzaj promieniowania. Jedna emanacja monady nie jest w stanie zobaczyć innej monady w jej prawdziwej formie. Widzi ją więc jako ciało. Monada jest i trwa, ale nigdy się nie zmienia. Wyobraźcie to sobie teraz. Wzór matematyczny który istnieje gdzieś poza czasem i przestrzenią. W zależności od tego jaka jest wartość czasu, taki jest sposób w jaki monada objawia się na zewnątrz. Wszystko ściśle określone. Podstawiam pod moją monadę 22 październik godzina 14.35, sekund 20 roku pańskiego 2002, a ona wyświetla mnie jak na obrazku, pokazuje dokładnie co myślałem, co robiłem, co czułem, jak wyglądałem. I wszystkie te wersje mnie istnieją jednocześnie. Wyświetlają się jednocześnie! W różnych czasach, momentach, od teraz do zawsze. Monada po prostu trwa, a my nic w niej nie zmienimy. I na koniec rodzynek: jedna monada nie jest w stanie wpłynąć na drugą. Są one od siebie niezależne. Każda monada jest tak ustawiona, że wygląda jakby reagowała na drugiego człowieka, ale w rzeczywistości tak nie jest. Leibniz tłumaczył to Bogiem, który tak poustawiał monady, aby wyglądało na to, że na siebie wpływają (ten pan żył coś koło trzystu lat temu) - że gdy dotknę ciebie ty nie poczujesz dotyku na skórze, ale poczujesz go dlatego, że tak była zaprogramowana twoja monada.
Wracając do wszechświata jako stałego niezmiennego kolosa, w którym nic się nie zmienia, a zmiany to tylko złudzenie jakie posiadamy, to co wtedy? Jeżeli istnieje tylko wiara w to, że nauka mówi lub jest w stanie mówić prawdę, to czym wtedy ona się różni od religii? Niczym.
Jest więc sens abym pisał?
Czekam na odpowiedzi. Jeśli ktoś nie pojął tego przydługiego wywodu, jestem gotów wyjaśnić to dokładniej, jeśli tylko wyrazicie takie życzenie.
|