| |
Z chwilą, gdy dotarła do mnie informacja, że Marilyn Manson przyjedzie ponownie do Polski, byłem niezmiernie podekscytowany. Mój entuzjazm nieco opadł, gdy okazało się, że koncert odbędzie się w Poznańskiej hali Arena.
| |
Pierwszy występ Mansona w Polsce, który odbył się w lutym 2001 roku, przeszedł mi niestety koło nosa. Przede wszystkim dlatego, że nie byłem jeszcze wtedy fanem kwintetu. Co więcej, data owego warszawskiego koncertu jest dla mnie o tyle ważna, że od tej właśnie chwili stałem się wiernym fanem Antychrysta i wszystkiego co stworzy(ł). Wszystko było oczywiście poprzedzone proroczymi snami, w których Mr. Superstar wzywał mnie do siebie i wreszcie usłyszeniem samej muzyki Marilyn Manson w radiu, dokładnie w chwili gdy trwał koncert. Nie bez znaczenia była także cała skandaliczna otoczka, jaka ów koncert spowiła. Każda gazeta w kraju pisała o Mansonie.
Przed występem w Poznaniu nie było już tak głośno. Właściwie nawet slogan organizatora koncertu mówiący, że władze Poznania przymykają oko na ekscesy Mansona, pozbawiony był jakiegoś szczególnego znaczenia.
Dlatego też, jak zapewne wszyscy zdążyli zauważyć, sam koncert odbył się bez większych sensacji, a i po nikt właściwie o nim nie pisał (pomijając prasę muzyczną).
Fatalna organizacja
Przed Areną znalazłem się ok. godz. 16:30. Fani mieli być wpuszczani od 18.00. Pod halą nie dało się zauważyć szczególnego tłoku, owszem tu i ówdzie na kępkach trawy popijały sobie złocisty płyn grupki fanów, ale generalnie tłoku nie było. Pierwszy zgrzyt nastąpił, gdy wybiła godzina 18. Oto bowiem okazało się, że organizator będzie wpuszczał od 18.30. Faktycznie jednak podwoje Areny stanęły przed nami otworem ok.18.40. Dwie godziny stania przed Areną w cholernym słońcu dały się trochę we znaki, ale jak się okazało, był to tylko wierzchołek piętrzących się problemów organizacyjnych.
Około godz. 19 byłem w środku. No i kolejne cholernie wyczerpujące czekanie, tym razem w duchocie napełniającej się powoli hali. Tuż po 20 wszedł support. No i co tu dużo mówić. Jak szybko wszedł, tak też szybko zszedł. Wrinkled Fred okazał się całkowitą pomyłką. Fani Mansona wygwizdali polską kapelę thrash metalową nie zostawiając na młodym zespole suchej nitki. Powiem szczerze, że z prymitywnego łojenia po gitarach nie dało się wychwycić najmniejszego dźwięku, zwłaszcza że skutecznie muzykę zagłuszały 4 tysiące fanowskich gardeł. Chłopaki byli jednak bojowo nastawieni i nie ugięli się. Zagrali pięć piosenek i "uciekli" ze sceny w towarzystwie gwizdów i wyzwisk rzucanych z widowni.
20.25 i znowu cisza. Na scenie zaczęli się pojawiać techniczni i po uprzątnięciu sprzętu Polaków (warto zaznaczyć, że sam zespół także pomagał w znoszeniu instrumentów), rozpoczęły się przygotowania do właściwej ceremonii. No i niestety tu należy znowu zaznaczyć kilka fatalnych błędów organizatora. Hala powoli się napełniła i panowała straszna duchota, której nie rozwiązywał słabiutki i pojawiający się zdecydowanie zbyt rzadko nadmuch. Co więcej, organizatorzy mogli z powodzeniem wliczyć w cenę biletów butelkę wody mineralnej, bowiem bardzo utrudnione było przemieszczanie się po sali, zwłaszcza jeśli zajęło się dobre miejsce. Pozytywnym akcentem było zachowanie się ekipy Antychrysta, która widząc co się dzieje, parę małych schłodzonych na lód buteleczek wody mineralnej rzuciła w tłum.
Powoli zaczęto zdejmować płachty dotychczas zasłaniające instrumenty MM. Oczom fanów ukazała się perkusja, dalej klawisze Pogo. Generalnie jednak wszyscy czekali na Marilyn Manson.
Let The Ceremony Begin
Ok. godz. 21.25 z głośników zaczęła sączyć się muzyka klasyczna w klimatach wagnerowskich. Na publiczność zostały zaś skierowane ze sceny światła, tak by oślepić widzów. Po chwili muzyka ucichła. Z głośników zaczęły płynąć pierwsze takty "Theater", intra otwierającego najnowszą płytę. Scenę spowiła gęsta mgła. Światła zgasły. W momencie, w którym w utworze mamy mocniejsze uderzenia przypominające perkusję, na scenie błyskają stroboskopy, w pewnej chwili okazuje się, że na środku stoi sam Marilyn Manson w czapce oficerskiej, z gestami przypominającymi faszystowskie. Publika szaleje!
Początek koncertu był rewelacyjny. Przyznam, że mimo sporego wyczerpania, dostałem zastrzyk adrenaliny i zapomniałem o fatalnych warunkach organizacyjnych. Manson zaczął od "This Is The New Shit", potem poszły "Irresponsible Hate Anthem", Disposable Teens", oraz (m)Obscene". Wszystko z towarzyszeniem fantastycznej oprawy świetlnej. Sama zaś scena przypominała mury starego zamku, z małym podium pośrodku, na które prowadziły małe schodki. Na owym podium stały postacie w mundurach i waliły w bębny.
Gdy zaczął się "(m)Obscene" ze sceny wyjeżdża neon (taki jak w teledysku z migającym "m"), a na podest wchodzą dwie panienki (ubrane tak samo jak w klipie). Dalej panie odprawiały mini striptiz. Niemniej nie rozbierały się do rosołu, ale do imitujących skórę gumowych kostiumów. Zresztą zamierzenie wykonanych tak, by była to imitacja.
: do góry : | |
Przyznam że wpadłem w niezłą ekstazę i właściwie nie pamiętam kolejności w jakiej piosenki się pojawiały. Utwory dobrane były oczywiście pod kątem najnowszej płyty, ale zespół przemieszał je ze starszymi kompozycjami. Kapela zagrała, prócz wspomnianych, "Doll-Dagga Buzz-Buzz Ziggety-Zag", "The Golden Age Of Grotesque" (podczas którego Skold gra na kontrabasie, Manson lata po scenie z saksofonem, a dwie siostry syjamskie grają na pianinku), "Use Your Fist And Not Your Mouth", "(s)Aint", "Para Noir" (Manson został wyniesiony ponad publiczność, tak jak w klipie "Disposable Teens"), "Rock Is Dead" (poprzedzone gadką: "Let me hear rock!" po czym "Rock, Rock, Rock, Rock is dead"), "The Dope Show"(na publiczność poleciały małe różowe kwadraciki, ale efekt był fenomenalny), "Beautiful People", "Sweet Dreams", "Tainted Love", "Fight Song", "Great Big White World". W pewnym momencie Manson pojawił się ucharakteryzowany na myszkę Micky (a tło zastąpiły dwa duże płótna z takim właśnie wizerunkiem Mansona), zaś do publiczności przemawiał z mównicy. Tło zmieniło się także jeszcze kilka razy. Najpierw był to zamek, potem trzy o łukowych sklepieniach kolumny, na których kapitalnie igrał cień Pogo, wreszcie wspomniane plakaty Mansona ala myszka Micky. Koncert zakończył się nagle. Zespół zszedł ze sceny, a właściwie zniknął, jedynie Pogo rozwalił klawisze.
Wrażenia
Mimo że koncert był krótki (ok. 80 minut), to był fantastyczny. Na scenie ciągle się coś działo. Poza tym przyjęcie przez fanów było wspaniałe. Przez cały koncert ludzie śpiewali razem z Mansonem, a pisk jaki zapanował na widok zespołu, musiał wprawić, i wprawił, samego Marilyna w zachwyt, czemu dał dowód w jednym z wywiadów po koncercie, w którym nazwał występ w Poznaniu najlepszym jaki w ramach tej trasy koncertowej zagrał.
Wszystkie utwory zabrzmiały na koncercie znakomicie. Przede wszystkim "mocarniej" niż na płycie. O wiele ostrzej zaprezentowały się gitary. Sam zaś wokal Mansona był absolutnym majstersztykiem. Antychryst jest po prostu zwierzęciem scenicznym. Przez cały koncert latał po scenie, tak jakby energia go rozpierała. Jak na faceta grającego prawie codziennie koncert, pokazał klasę.
Pewne problemy miał Pogo z klawiszami, które od początku nie działały (pierwsze kilka piosenek) i w ogóle przez cały koncert sprawiały muzykowi problemy (zemścił się na nich w końcówce). Z całej ekipy po Marilyn Mansonie najlepiej zaprezentował się Madonna W. Gacy (perkusista), którego fantastyczny styl walenie w bębny naprawdę przykuwał uwagę i wzbudzał podziw.
Mi osobiście zabrakło koncertowego wykonania "Vodevil" i "Slutgarden". Szkoda także, że Manson nie gra na koncertach (albo gra bardzo rzadko), "Dried Up, Tied And Dead To The World" czy "Deformography". Niemniej ogólnie nie mogę narzekać na dobór repertuaru, bo całość zabrzmiała wybornie.
Podsumowanie
Manson zagrał znakomity koncert. Publiczność bawiła się wspaniale do samego końca. Biorąc zaś pod uwagę fakt, jak wiele się działo na scenie, nie można być rozczarowanym. Ja jestem zachwycony. Był to zdecydowanie najlepszy koncert jaki widziałem w moim krótkim życiu i już czekam kiedy Manson przyjedzie do Polski znowu. Wszystkich zachęcam by na jego koncert się wybrali. Na sam koniec dodam jeszcze, że publiczność prawie całkowicie stanowili studenci. Właściwie liceum nie było. To także potwierdza, że fani Mansona to nie gówniarze na co dzień oddający hołd Linki Parkom i innym nu-metalowym kaszanom. Amen!
|