| |
Yattering w Warszawie - w końcu! To było totalne zaskoczenie, więc dopóki
nie poszedłem i na własne oczy nie zobaczyłem, to po prostu nie
chciało mi się wierzyć. Może ktoś pamięta 12 kwietnia 2002 - w tym samym
klubie miał grać Yattering, nie stawił się. Tym razem coś
mi mówiło, że grindowa masakra jednak się odbędzie...
| |
Wybrałem się z kumplem pierwszego dnia wiosny (a zimno było cholernie
:) do klubu Mitloffa. Po wyczerpującej drodze w ciężkich warunkach
klimatycznych dotarliśmy na miejsce. Wielkie
tłumy się nie stawiły, tylko kilka osób przed wejściem. Także przy
wejściu znalazł się Świerszcz, czyli jednak Yattering przyjechał.
Gdy weszliśmy do środka okazało się, że na jednej z witryn internetowych podana była mylna godzina, za wczesna, i ostatecznie sporo się naczekaliśmy na sam
koncert. Ale przecież od czego jest piwo - potrafi ono umiejętnie wypełnić
czas :) W końcu zaczęło się. W klubie tym byłem pierwszy raz, dlatego
zaciekawiony byłem samym wystrojem. Jedno mogę stwierdzić - nie jest
duży, ale ma typowy, undergroundowy charakter. Chociaż scena
mogłaby być trochę większa, a jeden z filarów ogranicza dodatkowo widok.
Na pierwszy rzut poszedł Murgost - kapela w ogóle nie znana,
podziemna. Zaprezentowali utwory własne, ale z zapowiedzi ciężko o
tytuły. Chłopaki grali coś na pograniczu death/black metalu. Zespół
nie miał wyraźnego sound'u - zresztą tradycyjnie, jak każdy
support. Ogólnie mógł się podobać, jednakże ja czekałem na Vesanię i
Murgost nie zrobił na mnie większego wrażenia.
Po krótkiej przerwie, rozstawianiu sprzętu i dodatkowych akcesoriów -
flagi, świeczniki oraz małe palenisko, na scenie pojawili się muzycy
Vesanii na czele z Orionem. I zaczęło się.
Światła zgasły, trochę dymu i intro, ale nie z płyty tylko inne.
Wszyscy członkowie stali nieruchomo, a Orion odkręcony był tyłem.
Koniec intra i wybuch black metalowej rzezi zaraz po odwróceniu się
Oriona w stronę publiki - "Mystherion. Crystaleyes". Szok
totalny! Jaka siła drzemie w tej muzyce. Na dodatek miażdżące
brzmienie, może nie w pełni czytelne (to raczej wina sali), ale
strasznie mocne. Publika dała się ponieść. Po utworze kolejne
intro i znów wybuch szału wraz z "Nova Persei". Ten trzeci
numer z "Firefrost Arcanum" moim zdaniem nie nadaje się na
koncerty, ze względu na swoją długość (ponad osiem minut), ale, miła
niespodzianka, okazało się, że znakomicie odegrany bardzo podobał się
maniakom pod sceną.
: do góry : | |
Z drugiej strony Vesania posiada same długie
utwory, a ten nie jest najdłuższy, ale za to najbardziej pokręcony.
Koniec i ponownie intro. Tym razem małe urozmaicenie, o którym scena
blackowa już mało pamięta - Orion wziął pochodnię do ręki i zaczął
zionąć ogniem. Stare dobre czasy black metalu...
Po zabawie z żywiołem Vesania obudziła kolejnego demona ze swojej
płyty. "Mardukes Mazemerising" - to dopiero
rzeźnia. Początek tego numeru jest jak uderzenie pioruna. Totalna
masakra. Po utworze zapowiedź ostatniego numeru - szkoda, ale właśnie
wspominałem wcześniej o długości utworów z debiutu Vesanii - nie można
ich za wiele zaprezentować na scenie.
Ostatni utwór, ale za to jaki - "Thus Spake The
Nightspirit" z repertuaru nikogo innego, jak samego Emperora!!!
Sławetny utwór z "Anthems To The Welkin At Dusk".
Wykonanie wzorcowe - nawet czyste wokale zostały odśpiewane, ale Orion
niech się lepiej skupi na black metalowym skrzeku, hehe. Wspaniałe
zwieńczenie więcej niż dobrego występu.
Czas na grindową ucztę - Yattering. Trochę potrwało zanim
chłopaki zaczęli grać - strojenie instrumentów. Bardzo ciekawym
posunięciem było rozstawienie bębnów Zombka tyłem do maniax - wszyscy
mogli zobaczyć jak gra, a jego kunszt nie należy do przeciętnych.
Zaczęli. Bez zapowiedzi. Tylko perkusja, bas i jakieś dziwne, chore
gitary - co to jest? Okazało się, że to jakieś intro - tyle tylko, że
nie klawiszowe.
Poszedł pierwszy utwór. Jakieś wolne, masywne riffy, nagłe zmiany
tempa - połamane strasznie. To jeden z nowych kawałków z płyty
"Genocide". Niestety nie słyszałem wtedy jeszcze tego
krążka, więc ciężko było rozpoznać numer, po prostu go nie znałem.
Podobnie z dwoma następnymi kawałkami, które również pochodziły z
nowego albumu. Po nich coś starego "Anal Narcotic"! Wspaniały utwór z
"Murders Concept". Wzorowo wykonany. Yattering
zawsze miał dosyć mocne brzmienie na koncertach, tu także tak było. Po
"hicie" :) poleciały następne, bardziej znane mi utwory,
takie jak "Sexual Trauma", "Lost
Within", "Exterminate", "20th Century". Dalej usłyszeliśmy
II i III z pierwszej płyty oraz kolejną garść nowych utworów.
Chłopaki z Pruszcza Gdańskiego wylewali poty (szczególnie Zombek), a
maniacy pod sceną oddawali się tej rzeźni, która lała się jak krew z
głośników. Widać Yattering po długiej
nieobecności na scenie jest w bardzo dobrej formie. Nagrali płytę wielką, trochę inną niż dwa
pierwsze albumy. Publika warszawska fantastycznie przyjęła nowe utwory
na żywo. Chyba każdy był zadowolony. Ja byłem dodatkowo zachwycony grą
pałkera, którą można było w końcu zobaczyć w całej okazałości. Bardzo
dobry koncert, aż żal było wracać - tylko kto by wytrzymał całą noc
przy tak intensywnym grind/death metalu?!? Chyba nie muzycy... :)
Zastanawiam się, jak potoczy się dalsza historia tego zespołu,
doświadczonego już przez różne sytuacje na rynku muzycznym. Kontrakt z
Candlelight chyba coś znaczy. Wszystko w ich rękach.
|