:: k o m p u t e r ::   :: m u z y k a ::   :: f i l m ::   :: c z y t e l n i a ::  
  :: w w w . z a l o g a g . n e t ::  
 
NetArt

 
  66  
F I L M   Z O N E
  poprzednia strona : spis tresci : następna strona 
 


Walentynki
 
r e c e n z j a
 
"Roses are red, Violets are Blue, They'll need dental   records to identify you."
 


(I znowu :) Wszyscy kochamy kino za doznania, których rzadko możemy doświadczyć w prawdziwym życiu. Żaden inny gatunek nie daje takich wrażeń jak horrory. W przeciwieństwie do melodramatów, nie można jednak tutaj posługiwać się wciąż ubitymi i starymi jak piramidy schematami. Tu trzeba pomysłu na takie zakręcenie widza, żeby bał się najcichszego szmeru i najbledszego cienia. W krótkim czasie udało mi się obejrzeć dwa dobre horrory, diametralnie różne, jeden z nich to właśnie "Walentynki".

Gdybym miał w jakiś sposób, w krótki sposób wyjaśnić czym jest Valentine, użyłbym takiej wyliczanki: "Krzyk" plus "Piątek 13-ego" plus "Scooby Doo" (oczywiście wersja animowana, a nie ten fabularny bełkot). Załoga G to nie Teleexpress, więc możemy poświęci temu filmowi, trochę więcej miejsca.

Pewnej nocy młoda studentka medycyny zostaje zamordowana, wcześniej dostając makabryczną walentynkę. Dodajmy, że morderca nosi maskę kupidyna i tajemnica tytułu zostaje wyjaśniona. Na pogrzebie pojawiają się dawne koleżanki ze szkoły ofiary, jak się później okazuje dostają równie wyszukane prezenty, wytwory chorego umysłu, wszystkie podpisane JM. Inicjały pasują do ich szkolnego popychadła, któremu nieustanie dokuczały będąc podlotkami, Jeremy'ego Meltona, jednak początkowo całkowicie to bagatelizują...

Młodzi ludzie, atrakcyjne dziewczyny, imprezy, czy tajemniczy morderca, który być może jest bliżej niż komukolwiek się wydaje, przypomniało mi o "Krzyku". Choć filmy te, różnią się od siebie znacznie, nie można powiedzieć, że autorzy słynnego dzieła (świadomie używam tego słowa, zdając sobie sprawę jakie buczenie może to wywołać) spod młota Wesa Cravne'a nie widzieli i w niektórych przypadkach się nie inspirowali. Jednak milsze (dla fanów) odniesienia znaleźć można do "Piątku 13-ego". Po pierwsze pojawia się mężczyzna o imieniu Jason, który spotyka się z pierwszą ofiarą na randce, którego późnie szuka policja. Po drugie, zamiana maski hokejowej na rozkoszną buźkę kupidyna, nie zabiera mordercy uroku Jasona Voorheesa, szczególnie, jeśli ma w ręce ten śliczny, błyszczący, rzeźnicki nóż. Po trzecie jedna wielka rzeźnia, bo jak się facet rozkręca można tylko podziwiać elokwencję trudu jaki zadaje sobie 'kupidyn', aby każda śmierć była inna.

Z jednej strony oglądasz Valentine i jesteś śmiertelnie przekonany, że wiesz co się wydarzy, co powie dana postać w danej chwili, jak się zachowa i rzeczywiście, wiele można przewidzieć, ale są też takie momenty, w który włos się jeży, jak bardzo się postarano, aby trzymać w napięciu widza i naprawdę go zaskakiwać. Kilkakrotnie obstawiałem mordercę, widząc podejrzane facjaty, stwierdzając w międzyczasie jak oczywista to sprawa, dla kogoś kto zjadł zęby na oglądaniu filmów i za każdym razem musiałem weryfikować wnioski z mojego małego dochodzenia. I tu właśnie kłania się "Scooby Doo" z tym zaskakującym odsłanianiem masek.

: do góry :

Atmosfera w tym filmie jest po prostu zawodowa i to dosłownie. Pełen profesjonalizm. Od samego podkładu dźwiękowego i muzyki włosy stają dęba. Piski, skrzeki, zwiększenia tempa, aż czuje się, że wprawia w szybsze bicie serca, a co słabsze nerwowo dziewczyny zabijają pluszowe niedźwiadki dusząc je, bądź wbijając paznokcie (wiem, widziałem na własne oczy co kobieta w stanie katharsis jest wstanie zrobić z wypchaną zabawką, ewentualnie poduszką). Po scenach z dreszczykiem przychodzą momenty rozluźnienia. Jak na dobrą produkcję komercyjną, do fabuły trzeba dorzucić trochę gagów, na szczęście wyjątkowo dobrze dobranych, śmiesznych i zupełnie anty-scary-movie'owych, czyli żadnych pastiszów.

Co do aktorów, to przede wszystkim Denise Richards, która choć nie jest postacią pierwszoplanową ilekroć pojawia się na ekranie wydaje się, że jest (wiem, wiem, typowy facet ze mnie). Jej wyjątkowa uroda i niesamowicie seksowana sylwetka działa jak magnes, a od kilku jej "rozluźnień" w jakuzi ubranej tylko w bikini (od razu przypomniały mi się "Dzikie rządze"), można spłynąć z kanapy. Panie mają swojego Davida Boreanaza, znanego z serialu "Angel" jako dobry wampir (zabawne, ale w pewnym momencie zdanie, które spodoba się fanom serialu, "Nie jest aniołem"). W Valentine gra Adama przyjaciela Kate. Słodką Kate gra Marley Shelton, pozatym wśród pięknych panien zobaczyć możemy Jessicę Capshow, Jessicę Cauffiel, Kathrine Heigel. W roli 'błykotliwego' detektywa Fulvio Cecere, który też zaciera stereotypy typowego gliniarza w takich filmach.

Film nie jest jednak doskonały i pojawiają się takie akcje, przy których morderca musiałby być czarodziejem, ale nie wpływa to głównie na oglądanie i tylko czuby jak ja, które lubią się czepiać znajdą dziurę w całym. Dobrze się bawiłem i choć zawał serca mi nie groził, pewnie jeszcze kiedyś jak nadarzy się okazja nie omieszkam obejrzeć Valentine raz jeszcze (Denise...). Jeśli więc szukacie czegoś z dreszczykiem na późny deszczowy wieczór zajrzyjcie do wyporzyczalni po ten film.

Dahman
dahman@zalogag.net

Walentynki
(Valentine)

Ocena: 3.5 / 5
horror USA 2001

Reżyseria: Jamie Blanks
Scenariusz: Donna Powers, Wayne Powers, Gretchen J. Berg, Aaron Harberts (na podst. książki Toma Savage)
Zdjęcia: Rick Bota
Obsada: Denise Richards, David Boreanaz, Marley Shelton, Jessica Capshaw, Jessica Cauffiel, Katherine Heigl

 
  
  
Copyright (c) 1998-2003 Załoga G
  poprzednia strona : spis tresci : następna strona