Opowiadanie jest, jak sam autor twierdzi lekko nieaktualne, gdyż pisane było w czasach kiedy królował Quake pierwszy, jednak sądze że nawet w czasach UT2003 tekst broni się doskonale i przeczytacie go z przyjemnością [dopisek - matka ]
Sobota. 21.35 W kasynie śmierdziało papierosowym
dymem i ludzkim potem. Klimatyzację szlag trafił chyba całe wieki temu. Muzyka i
dźwięki wybuchów wyciskały z mózgu resztki myśli. Z trudem przeciskałem się
przez tłum kłębiący się wokół automatów. Jakaś naćpana gówniara przed wejściem
utytłała mi kurtkę fosforyzującą karminową szminką. Takie rzeczy nigdy nie
poprawiają humoru. W Arenie" zawsze było tłoczno, ale dzisiejszy wieczór
przejdzie chyba do historii. Telebim zapłonął jaskrawą żółcią, grzmot zagłuszył
na chwilę wrzawę tłumu - ktoś najwyraźniej trafił statek matkę w Marsjańskim
Żołnierzu". Nieźle - dwie stówy jak nic. Przez moment przed oczami błysnęła
pomarańczowa grzywka zwycięzcy - rozochocona gromadka przesuwała go ponad
głowami w stronę baru. Za chwilę odbierze nagrodę, w ciągu góra dwóch godzin i
tak wszystko przegra, przećpa lub przepije ze swym towarzystwem. To jakiś dupek
- zawodowcy nie grają w sobotę. Błysnęło purpurą. Panthers in the rain".
Czwarty poziom. Mission failed" ryknął głośnik i zacharczał marszem
pogrzebowym. Swastyka na ekranie zniknęła w kłębach eksplozji. Odruchowo
poprawiłem okulary.
Barman poznał mnie i zamachał ręką. Jest Dziadzia ?
Bezgłośnie poruszyłem ustami. Kiwnięcie głową. Zwrot o 90 stopni. Kilka metrów w
stronę drzwi na zaplecze. Ścisk przy konsoli. Dwóch pijanych nastolatków kłóci
się o ostatni żeton. Rzut okiem na Tekken 4". Niezły mały, dobrze młóci ale
daleko mu do czołówki. Niepotrzebnie gra Jurgenem.
Odetchnąłem z ulgą gdy
dźwiękoszczelne drzwi uwolniły mnie od ryku panującego na sali. Rozejrzałem się
po wnętrzu mrużąc oczy. Półmrok klubu był rozkoszą w porównaniu z jarzeniowym
oświetleniem zaplecza. Dziadzia, odwrócony plecami zawzięcie dłubał w automacie
Optimusa.
- Cześć!
Zaskoczony odskoczył na bok wywracając pudło
pirackich kompaktów. Srebrne płytki rozsypały się z brzękiem po podłodze.
-
Kiedy wreszcie oduczysz się skradać ? Przestraszyłeś mnie. - Zamruczał
wycierając ręce w brudny ręcznik.
- Przestaniesz być taki nerwowy jak
pozbędziesz się tego lewego gówna. - Wskazałem na krążki i wyciągnąłem rękę na
powitanie.
- Odkąd się zrobiłeś taki czyściutki ? Za dużo kasy, czy co? -
Jedną ręką usiłował zebrać porozrzucane płyty -Chyba nie... Inaczej byś nie
przyszedł. Jak łowy ?
- Nędza! Od dwóch miesięcy nic. Po prostu nic! Odkąd
Zoe podciągnął mi tę małą od wyścigów nie mogę się wstrzelić. Cholera, a już
miałem na nią kontrakt z Metropolis.
- Słyszałem, słyszałem.... Swoją drogą
to był prawdziwy talent. Podszlifował ją trochę i puścił do IPS-u. Mała nieźle
daje w Lidze. Od tygodnia jest w krajowej dwudziestce. I uważaj - kręcą się
wokół niej kolesie z Sierry.
- Tak czułem...Kasę wyczuwam na kilometr.
Wiesz, śledziłem jej gry przez trzy miesiące. Grała w takich dziurach, że nie
sądziłem aby ją ktoś wytropił. Rozumiesz, ruskie i chorwackie serwery...
-
No... i co ?
- I gówno. - Zapaliłem papierosa. Dziadzia uzmysłowił mi to co
od dawna chodziło mi po głowie. Kończę się. Od miesięcy nie wprowadziłem nikogo
do Ligi, a przynajmniej nikogo kto by odnosił sukcesy. Tych paru łebków, których
obsadziłem w lokalnych rozgrywkach to zwykłe gówno. I gówniane pieniądze. W tej
branży zasady są proste - nie masz rezultatów, nie masz forsy. Nie masz forsy -
nie masz sprzętu, układów i dojść, powoli stajesz się nikim. Czasami zaczynałem
żałować, że zacząłem łowić na własną rękę. Teraz kiedy patrzę w lustro przestaję
wierzyć, że byłem kiedyś łapaczem Microsoft-u.
- Nie przejmuj się. Mam chyba
kogoś na kim odbijesz się od dna. - Widząc moje zainteresowanie Dziadzia zmrużył
oczy. - Patrząc jak gra pomyślałem, że sam mógłbym spróbować. Ale... Cóż, jestem
za cienki. Prędzej czy później i tak ktoś by mnie przekręcił. Ty możesz dać
radę. Ale... Tym razem odpalasz 20%.
Dziadzia wrócił do pracy. Pomimo że
zatrudniał kilku serwisantów uwielbiał sam grzebać w sprzęcie. Nie śpieszył się
z wyjaśnieniami.
- Podaj młotek - warknął zza rozbebeszonego automatu.
Szarpnął za pęk kabli - Co za gówno... nigdy nie dojdę z tym do ładu. Sypią się
jeden za drugim...
- Czy wyglądam na kogoś kto ma czas na pierdoły.
Streszczaj się... W czym jest dobry?
- We wszystkim. A szczególnie w
efpepach. Nazywa się Magnus - przychodzi co wieczór i gra dla pieniędzy. Prawdę
mówiąc marnuje się dla tych paru groszy. Masz tu jego wyniki meczów. Quake.
Monitoring z zeszłego tygodnia.
Pomięta kartka komputerowego wydruku
pomknęła w moją stronę. Wystarczył jeden rzut oka.
- Biorę go.
Sobota. 23.55 - Możesz zostać bogatym
człowiekiem. Bardzo bogatym. To zależy tylko od ciebie. Potrafiłbym przepchnąć
cię wysoko. Najwyżej! Możesz czekać na kolejną Gambleriadę, na Techmeeting czy
Labirynt. Na cokolwiek. Może cię ktoś zauważy, a może nie. Jeśli wejdziesz ze
mną w układ ten cały shit będziesz miał za sobą. Sam mówiłeś że próbowałeś. Ze
mną nie musisz próbować. Wjeżdżasz od razu na górę. To co mówił Dziadzia jest
prawdą. To stare czasy, ale na szczęście zostały mi kontakty...
Kłamałem,
kłamałem jak pies. Kontakty" już dawno kopnęły mnie w dupę. Przynajmniej te
bardziej znaczące. Na większych imprezach mogłem się w ogóle nie pokazywać.
Pełno było tam psów z branży i wolnych strzelców, takich jak ja. Odkąd każda
licząca się firma miała własne drużyny, kto tylko mógł łapał się za łowienie
talentów. Pozostało mi tylko smętne przeszukiwanie Internetu i kasyn. To co
pokazał ten dzieciak było warte każdego kłamstwa. Lekko licząc warte 50 tysięcy.
Jeszcze się trząsłem po meczu. Mój hełm był przepocony jak ciało dziewicy po
jej pierwszym razie. Musiałem się rzucać w uprzęży bo plecy bolały
niemiłosiernie. Czułem że się zaraz zrzygam. W skostniałej dłoni z trudem
trzymałem butelkę Grolsha. Mały nie wypiął się jeszcze z uprzęży, kołysał się
jak wahadło zegara szczerząc kły w drwiącym uśmieszku. Miał powody. Na
muny04 byłem bez szans. Walił rakietami jak wściekły. Próbując uników
czułem się jak mucha w smole. Krótko: 100 - 32. Na ds5 - swoją drogą co za dureń
nazwał ją Psie pola - trochę lepiej. Po klockach zatopionych w lawie skakał jak
małpa. Tam przycinałem go najczęściej. Na otwartych przestrzeniach czuł się
wyraźnie gorzej... I tak nie pomogło. Tym razem 100 - 56. Betox - jeśli dobrze
mnie rozumiecie, to ani razu nie wszedłem na górę. Ani razu! Zero. Równie dobrze
mogłem być niemowlakiem Rozwaliłby mnie z taką samą łatwością. Nie widziałem
jeszcze żeby ktoś tak grał. A widziałem już w życiu niejedno... Gdy go
przełączyliśmy na salę skończył dwa kolejne mecze w pierwszej piątce. To nieźle,
tym bardziej że już na początku zauważyłem jak był naćpany proheptazyną. Po same
uszy.
- Jeśli na to idziesz, podpisujemy papierek i w ciągu 24 godzin grasz
na najlepszych trening-serwerach w tym kraju. Z najlepszymi botami. Z
możliwością symulacji najlepszych konkurentów. Aha...- Pogrzebałem w
kieszeniach. - I dwa kawałki na dobry początek. Wchodzisz?
Odbił się piętami
od ramy stanowiska i sięgnął po pieniądze.
Trzy tygodnie
później Dostał najlepszy sprzęt i programy. Trenował 10-12
godzin dziennie, a wyniki przerosły moje oczekiwania. Od tygodnia nie przegrał
meczu z żadnym amatorem. Przekupiłem administratora IPS-u i załatwiłem pełny
cykl treningowy z ich teamem. W końcu są z pierwszej krajowej piątki. I co?
Magnus tak skopał im tyłki, że facet oddał pieniądze. Jest za dobry - to się
wyda i wyleją mnie z pracy". Tak powiedział. Poważnie. Rezerwowych z kadry
Multi-Techu rozstrzeliwał jak kaczki. W końcu ich trener - zresztą mój dobry
znajomy - kazał mi spieprzać bo psuję morale jego chłopaków". To wystarczyło
żebym się poczuł jak właściciel złotej kaczki. Rozesłałem jego dema do
wszystkich ważniejszych klubów. Dałem ogłoszenie do oficjalnego biuletynu Ligi.
Pomimo martwego sezonu (wiecie: wakacyjna przerwa) oferty posypały się
błyskawicznie. Co z tego, kiedy nikt nie grzeszył hojnością Za dużo
zainwestowałem, żeby sprzedać małego za psie pieniądze. Czekałem... I wtedy
przyszedł ten facet. Mały kurdupel o szczurzej twarzy, z brązowym przetartym
neseserkiem. Reprezentował firmę o jakiej w życiu nie słyszałem. Mówił, że mają
trzecioligową drużynę, która reklamuje ich produkty. Że interesy idą kiepsko, że
postanowili zainwestować w swój team. Takie tam pierdoły. Szukali ostrego
zawodnika, a mój mały wpadł im w oko. Przyznaję - chciałem go spławić. Magnus
był za dobry na to by zaczynać w jakimś gównianej trzecioligowej drużynce.
Wyprosiłem faceta za drzwi, a on stojąc na wycieraczce wcisnął mi do ręki
karteczkę prosząc abym się jeszcze zastanowił. Zerknąłem na nią i...
Zastanowiłem się. Błyskawicznie. Nigdy w życiu nie widziałem tylu zer w ofercie
za zawodnika. A z przodu była jeszcze dwójka. Jezu! Za taką cenę mógł kupić pół
kadry dowolnej firmy. Słowo daję! Nie zauważyłem, albo zaślepiony fortuną nie
chciałem zauważyć, że sprawa śmierdziała. Cholernie śmierdziała.
Tego samego
wieczoru dostałem forsę. Połowę w gotówce, resztę w nierejestrowanym bioRAM-ie.
Magnus odjechał ze Szczurkiem", a ja zacząłem planować największe zakupy
swojego życia. Nie ma nic bardziej rajcującego niż wydawanie pieniędzy. Szybko o
wszystkim zapomniałem. Za szybko. Tym bardziej, że w ciągu kilku najbliższych
tygodni nie trafiłem na żaden ślad, który przekonałby mnie, że Magnus
rzeczywiście gra w Lidze.
Niedziela. Kilka minut przed
północą. Obudziło mnie silne kopnięcie. Drugie poderwało z
łóżka, a trzecie przesunęło pod okno. Gdy pozbierałem się na tyle aby podnieść
głowę zauważyłem że było ich dwóch. I jeszcze jedno... Wylot lufy. Był
gwintowany. I był blisko. A to oznaczało kłopoty.
- Byłem niegrzeczny? -
Napastnik najwyraźniej nie był skory do żartów. Pożałowałem sarkazmu kiedy
kolejny kopniak posłał mnie w stronę drzwi.
Otarłem krew z rozbitej wargi.
Trafiłem na kogoś kto lubi amerykańskie wojskowe buty. Znałem tylko jedną taką
osobę.
- W czym problem Magnus ? Masz ciężki dzień i chcesz z pogadać ze
starym kumplem? Dobra, dobra... - Wyciągnąłem ręce aby zasłonić się przed
kolejnym kopnięciem. Rozmyślił się... Zamiast tego zapalił światło. Był bardziej
wkurzony niż myślałem. Wściekłość i narkotyki wprowadziły go w wibracje, które
bynajmniej nie przeszkadzały mu w celowaniu.
- Powinienem rozwalić ci łeb !
Ty cholerny sukinsynu ! Zapomniałeś powiedzieć że tam giną ludzie...
-
Oszalałeś ? Co ty pieprzysz ? - Sytuacja stawała się groźna. Jeszcze chwila a
ten naćpany kretyn rzeczywiście wpakuje mi kulkę. Bałem się. I bałbym się
jeszcze długo gdyby ten drugi nie przerwał zabawy. Spokojnie przemaszerował
przez pokój, wyjął broń z ręki Magnusa i schował do kieszeni.
- To nie
będzie potrzebne. - Uśmiechnął się w moją stronę. -Nie teraz. Jest pan przecież
rozsądnym człowiekiem. Proszę się ubrać i nie robić głupstw. Na dole w
samochodzie czeka ktoś, kto nie lubi długo czekać. A robi to już od pięciu
minut.
Nawet gdyby chciał mnie uspokoić to mu się nie udało. Ubierałem się
powoli, a on przeszukiwał każdy fragment mojej odzieży. Nie pozwolił założyć
paska. Czubkiem palca przejechał po grzebieniu znalezionym w kieszeni koszuli.
- Nie uwierzy pan, ale znam ludzi, którzy potrafią tym poderżnąć gardło.
-Grzebień poleciał w kąt pokoju, a nieznajomy zajął się podeszwami butów. - A my
nie lubimy widoku krwi. Prawda?
Kiedy zeszliśmy na dół bez słowa wskazał mi
zaparkowaną elegancką limuzynę. Razem z Magnusem wsiedli do samochodu stojącego
za nią. Stałem bezradnie na środku ulicy i zastanawiałem się jakie szanse
miałaby próba ucieczki. Zerwałem się do biegu. Niepotrzebnie.
Musiałem
idiotycznie wyglądać kiedy chwilę potem z jednym kapciem na nodze, w podartej
koszuli i z opadającymi spodniami zostałem wepchnięty do Lincolna.
Pół godziny później - My nie zabijamy ludzi.
To oni zabijają się dla nas... A raczej dla pieniędzy. Biznes jak każdy inny,
tyle że my traktujemy deathmatch bardzo dosłownie. Skoro są ludzie, którzy słono
płacą za tego typu przedstawienia...to znajdują się też aktorzy. My również mamy
swoich łowców talentów. I swoje metody. Poza tym bardzo dobrze płacimy. Nasza
hm... liga także potrzebuje gwiazd. Jak dotąd byli to zwykli degeneraci.
Psychopaci, narkomani, nieudacznicy, którzy wpadli w finansowe kłopoty i łudzili
się że po jednym meczu ich los się odmieni. Cóż... Tych ostatnich pochowaliśmy
najwięcej. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że pana sprawa jest tu czymś
wyjątkowym. Ale cóż... Nic nie mogę zrobić. Magnus jest dla nas bardzo cennym
nabytkiem, przynosi nam ogromne dochody i sam pan rozumie, że czasem musimy
spełniać jego zachcianki. A on chce żeby uczestniczył pan w dzisiejszym
spotkaniu. Zresztą nie możemy zawieść naszych gości. Naprawdę bardzo ważnych
gości. Gości którzy uwielbiają Magnusa i gotowi są zapłacić każdą cenę aby móc
go podziwiać. Sam pan rozumie, że ze względu na hm... delikatność sprawy
zorganizowanie takiej sesji jest dosyć pracochłonne i kosztowne. Pańska odmowa
naraziłaby nas na bardzo poważne straty, dlatego nie wchodzi w grę.
Pochylił
się aby napełnić kieliszek szampanem. Gestem zachęcił mnie abym zrobił to samo.
Pokręciłem głową. Parszywy sukinsyn! Grzeczny, miły, pretensjonalnie
przyjacielski. Wiedział że nie mam wyboru i najwyraźniej świetnie się bawił.
- Może odrobinę kawioru? Proszę się nie krępować. No cóż... Rozumiem. -
Brzęknęła srebrna łyżeczka. Delektując się smakiem kontemplował najwyraźniej
widoki rozciągające się za oknem pędzącego samochodu. Chcąc nie chcąc robiłem to
samo, chociaż nie wiem co fascynującego jest w jednostajnej czerni lasu
przetykanej nielicznymi światłami. Spojrzał na zegarek.
- Tak... Za kilka
minut będziemy na miejscu. Mam nadzieję że nie sprawi nam pan zawodu.
- Skąd
ta pewność?
- Hm... Każdy chce żyć.
Poniedziałek
01.55 Budynek wyglądał na stary opuszczony magazyn. W powietrzu
unosił się zapach proszku do prania i jakiegoś środka dezynfekcyjnego.
Najwyraźniej była tu kiedyś hurtownia. Krąg reflektorów oświetlał środek sali.
Stały tam cztery konsole NEC-a, tak na oko modele sprzed miesiąca. Trochę
podobne do Vikingów IBM-a, ale solidniejsze i w ładnej kolorystyce, stylizowanej
na ubiegłoroczny klasyczny model TravelStar. Do tego podwieszane hełmy OSA
rzucające obraz prosto na siatkówkę, aktywne kombinezony Nintendo, chromowane
poręcze i prawdziwa skórzana uprząż. Krótko mówiąc nieprzeciętny bajer na
światowym poziomie. Maszyną serwującą był stary, poczciwy Genesis, ale jedno
jest pewne - gdybym miał tyle dopalaczy co on, poleciałbym w kosmos w
kąpielówkach i bez asekuracji. Nitki światłowodów wypełzały spod obudowy i
biegły w mrok pomieszczenia. Z ciemności dobiegały ciche rozmowy i brzęk szkła.
Widownia - pomyślałem.
Minęliśmy konsole, nie zwracając uwagi na
krzątających się przy nich techników. Wszyscy w bawełnianych kominiarkach. Pełna
anonimowość. Jeden z goryli pchnął mnie kolbą w stronę uchylonych drzwi.
-
Może trochę ostrożniej. Szef chciałby, żebym był w formie.
- Zamknij się!
Już jesteś trupem. Nie postawiłbym na ciebie nawet setki.
- Może jednak
spróbuj. - Wyciągnąłem z kieszeni plik banknotów i podałem do tyłu. - Tylko
podziel się wygraną.
- Jesteś pieprznięty! - Chwycił pieniądze i zaśmiał się
idiotycznie. - Kupię ci kwiatki na grób.
Weszliśmy do małej klitki. Facet
stojący w środku przyglądał mi się z ciekawością. Wskazał krzesło. Usiadłem.
- Musimy cię przygotować.
Zabrzęczała elektryczna maszynka. Wprawnym
ruchem wygolił mi włosy. Długi pas przez środek i dwa placki, po jednym nad
każdą skronią.
- Trody? - Spytałem krztusząc się własnymi kłakami.
-
Nie. Hełmy są przerobione na styki bezpośrednie.
- W takim razie leć po
całości. Nie chcę wyglądać jak małpa.
- Elegant! - Parsknęli śmiechem, ale
wkrótce maszynka dokończyła dzieła. Przejechałem dłonią po głowie. Gładko. Jak
pupa niemowlaka.
- Jak wyglądam?
- Jak jajco!
Ich śmiech słychać
było jeszcze długo po tym jak wyszli zatrzaskując za sobą drzwi. Z mojej strony
nie było klamki. Wstałem i rozejrzałem się po pokoju. Żadnych okien. Nic. Gołe
ściany i krzesło. I żarówka zabezpieczona drucianym kloszem. A za ścianą
najnowocześniejszy sprzęt, i dwóch takich straceńców jak ja, nie licząc Magnusa.
W pale się nie mieści w co wdepnąłem. Gdybym miał włosy, stanęłyby dęba. Dopiero
teraz dotarło do mnie to co mówił ten stary w samochodzie. Nielegalna liga,
zakłady. Półświatek polityków, gangsterów i zwykłych wykolejeńców. Mafia
wirtualnych światów. Za chwilę, ku uciesze zwyrodniałych, bogatych zasrańców
będę grał o własne życie. Jeden fałszywy ruch i elektryczny impuls wysmaży mi
mózg. Pięknie. Kurwa... pięknie!
Deathmatch
Zapinając suwak kombinezonu zachwiałem się na ruchomym chodniku konsoli.
Czyjaś ręka podtrzymała mnie, druga podsunęła garść prochów.
- Może chcesz
się wzmocnić?
- Spieprzaj, nie biorę! - Warknąłem regulując uprząż. Po
chwili założyli mi hełm całkowicie izolując od otoczenia. Cisza. Ciemno.
Namacałem deskę rozdzielczą. Błysnął obraz kontrolny. Ustawiłem automatyczne
dostrajanie. Potem krótka manualna korekta. Zatrzeszczały słuchawki. Jedynka!
Jedynka odezwij się." Elektryczny impuls przeleciał po czaszce. Wrzasnąłem.
Teraz lepiej? Do ciebie mówię. Konfiguruj się"
Menu. Customize. Seria
komend konsoli. Potwierdzenie. Gotowe! Dobra, sprawdzaj. Dostajesz 30 sekund
DM4. Jazda!" Runąłem na posadzkę. Ból w kolanach. Zahaczyłem o ścianę, ramię
zdrętwiało na krótką chwilę Jezu jakie to realne! Przez chwilę stałem i
podziwiałem znajomy poziom. Przyjemne ciepło biło od jeziorka lawy. Kilka
kroków, podskok. Ostry bieg po gwoździowiec. .Krótka seria po ścianach. Dla
rozgrzewki. OK. Wszystko gra, nie może być lepiej. Dobra koniec! Zaraz
zaczynacie." Ciemność i ścisk w gardle. Strach? Tak. Uderzył i sparaliżował
mięśnie, oblał potem. Na krawędzi wzroku zaświeciły cyfry. 5... 4... Drżenie
nóg. 3...Idiotyczne, uporczywe swędzenie karku. 2... Boże! 1... Aaaaaaghrrr...
Poooszłoooo!
Wylądowałem po kolana w wodzie. W nikłym blasku pochodni
zauważyłem schody. Na wskaźniku 0, 100 i 20 sztuk amunicji. Runąłem w górę.
Kilka stopni. Niski korytarz skręcał łagodnie, prowadził na wąska galeryjkę.
Plątanina wielopoziomowych kładek. Apteczki! Dwie, nie - trzy. Trzeba to
zapamiętać, ale teraz najważniejsza jest broń. Jakakolwiek! Rzut oka na dół.
Mała salka, ze studzienką, wypełniona kilkoma magazynkami gwoździ. Po lewej
stronie drzwi, po prawej schody w dół. Zbroja! Wciśnięta w kąt, prawie
niewidoczna. Jednym skokiem dopadłem do niej i... ugiąłem się pod ciężarem.
Cholera! Spowalnia ruchy.
Biegłem w stronę studni, kiedy w drzwiach pojawił
się Niebieski. Nie spodziewał się mnie i strzelił zbyt późno. Skoczyłem. Warkocz
rakiety przemknął nad moją głową. Kiedy eksplodowała byłem już na dole.
Wiedziałem, że mam góra trzy sekundy zanim znowu wsiądzie mi na plecy. Do drzwi
nie zdążę. Rzuciłem się w stronę cienia - tyłem, trochę na wyczucie - nie
spuszczając wzroku z wylotu studni. Los dał mi więcej czasu. Kanonada na górze
świadczyła o tym, że Niebieski ma własne kłopoty. Jazgot gwoździowca przetykany
wybuchami rakiet. Wrzask! Jeden, drugi... Ktoś nieźle obrywa. Nagle w półmroku,
w małej, lekko oświetlonej niszy ujrzałem granatnik. Złapałem go dokładnie w
chwili, gdy z wylotu studni wypadł Żółty. Krótkimi seriami ostrzeliwał górę. Nie
zauważył mnie. W pełnym biegu posłałem mu dwa granaty. Jeden odbił się od ściany
i wylądował na jego piersiach. Głuchej eksplozji i trzasku rozrywanego mięcha
nie da się porównać z niczym innym. Gdzieś w odległej rzeczywistości, rozszalałe
elektrony spopieliły czyjś mózg. Tutaj jedynie krwawe strzępy ubabrały ściany.
Odruchowo złapałem plecaczek i jego broń. Przeskoczyłem nad zwłokami i pognałem
w stronę drzwi. Niebieski wie co się stało - jeśli nie jest zbyt osłabiony zaraz
powinien się pojawić. Bałem się jego rakiet. W tym małym pomieszczeniu mogłyby
zrobić niezłe piekło. Dla pewności przeskakując próg posłałem za siebie granaty.
Najważniejsze to ciągle być w ruchu, nieustannie zmieniać pozycję. Tego uczą w
Lidze i... w wojsku. I tu, i tam niejednemu ocaliło to tyłek.
Znalazłem się
w grocie oświetlonej pochodniami. Od surowych kamiennych ścian biło chłodem.
Chodnik rozwidlał się i ginął w mroku. Na środku szemrała woda. Chwilę myślałem
aby rzucić się w jej odmęty, ale nie - lepiej spenetrować korytarze. Skierowałem
się w lewo. Korytarz przechodząc w tunel łagodnie skręcał - zamykała go
walcowata wnęka. W jej ścianach za kratą błysnął Quad demage. Powyżej,
symetralnie po obu stronach dwa przyciski płonęły czerwienią. Shotgun wypalił.
Raz! Drugi! Zła kombinacja! Sufit ze zgrzytem runął w dół. Odskoczyłem w
ostatniej chwili - przewróciłem się na plecy. Rany! Tu się można przewrócić!
Odbiłem się od ziemi jak piłka gdy za ścianą strzeliło wyładowanie. Ryk
przypiekanego człowieka. Piorun! Ulubiona broń Magnusa. Nie chciałbym spotkać go
teraz z jednym granatem i paroma gwoździkami. Pobiegłem w prawo. To była zwykła
ucieczka. Kilka szarych pakunków ze szczękiem załadowało magazynek gwoździowca.
200. Komplet! Gorzej ze zdrówkiem - tylko 75.
Z każdym krokiem robiło się
cieplej. Nagle droga skończyła się przepaścią. Lawa! Olbrzymie jezioro lawy -
kilka metrów pode mną. Na wprost nad rozgrzanym oceanem, utrzymywany niewidoczną
siłą unosił się teleport. Żar odpychał od tej jedynej drogi, ale dźwięk za
plecami rozwiał jakiekolwiek wątpliwości. Szybko mnie znalazł. Za szybko.
Przeładowana broń wypluła w moje plecy serię stalowych żądeł. Boleśnie szarpnęło
całym ciałem. Tak wygląda śmierć! Ostatkiem sił odbiłem się do szalonego skoku.
Poszybowałem w drgających oparach gorąca. Portal przyjął moje skatowane ciało
chłodem i obojętnością - przeniósł do olbrzymiej hali. Wprost na windę po brzegi
wyładowaną apteczkami.
Pokrzepiony wjechałem na górę. W dole trzasnął
teleport. Miałem gościa. Czarny! Jest cały czarny. Jak sam diabeł! Rozejrzał się
nerwowo i pognał do najbliższej apteczki. Posłałem za nim dwa granaty.
Odpowiedział rakietą. Podmuch wybuchu rzucił mnie o ścianę i to wystarczyło abym
stracił go z oczu. Ostrożnie zsuwałem się w dół. Mógł ukryć się w każdym ciemnym
zakątku. I rzeczywiście zrobił to. Wyprysnął z cienia, kiedy znalazłem się na
dole. Jęzor błyskawicy minął mnie o włos. W odpowiedzi eksplodowały dwa moje
granaty. Ale on był już w przeciwległym rogu. Ohydnie kamperzył gdzieś w
ciemności. Puściłem długą serię. Jęknął. Wymacałem drania! Wsiadłem mu na plecy
kiedy wiał w stronę najbliższych drzwi. Teraz ja byłem górą. W biegu obaj
przeskoczyliśmy zwłoki Niebieskiego. A więc zostaliśmy tylko my dwaj. Opóźniał
pościg rakietami, ale ja prułem z gwoździowca nie rezygnując. Zygzakował, kręcił
piruety. Skoro ucieka musi być bardzo słaby. Pewność omal mnie nie zgubiła.
Rakieta wbiła się w moją pierś, a potworny ból rzucił na kolana. Wskaźnik
zapłonął czerwienią. Poziom krytyczny. Miał mnie teraz jak na talerzu! Czekałem
na ostateczny cios. Nie nadszedł. Czarny rozpłynął się w plątaninie korytarzy.
Długo nie mogliśmy się odnaleźć. Czasem tylko słyszeliśmy swoje kroki,
dudniące dalekim echem. Zebrałem wszystkie możliwe graty. Sądząc po odgłosach on
także. Wzajemne wyczekiwanie męczy bardziej niż bezpośrednie starcie.
Niepotrzebnie rozluźnia i przytępia zmysły. Prawie na niego wpadłem. Biegł w
stronę teleportu - nie widział mnie. Z całej siły powstrzymywałem się by nie
strzelić. Liczyłem jego kroki. Runąłem za nim w chwili gdy znikał w
iskrzącoczarnej mozaice. Potworny trzask! Przeciągły zgrzyt połączony z uczuciem
przedzierania się przez gąszcz. Niewidoczne gałęzie łapały i zatrzymywały.
Telefrag!!! Przez chwilę mój umysł zalała fala nienawiści, obłędu i zwierzęcej
chęci mordu. Jego myśli. I to był koniec.
Epilog
Tak otworzyła się brama mojego własnego piekła. Wiem, że to co robię
jest złe, ale nie chcę - nie umiem się temu przeciwstawić. W Czarnej Lidze gram
od trzech miesięcy. Niektórzy twierdzą że to długo. Za długo! Nie piszcie już na
mój adres - nie mam adresu. Nie mam domu. Nigdy mnie nie spotkacie. Mój świat
jest gdzie indziej. Taniec śmierci wciąga bez reszty. Nikt kto tego nie przeżył
nie zrozumie. Dzisiaj wiem tylko jedno. Nie umiałbym żyć inaczej i nie chciałbym
inaczej umrzeć!