:: k o m p u t e r ::   :: m u z y k a ::   :: f i l m ::   :: c z y t e l n i a ::  
  :: w w w . z a l o g a g . n e t ::  
 
NetArt - www.serwery.pl - reklama

 
  78  
C Z Y T E L N I A
  poprzednia strona : spis tresci : następna strona 
 


Ściekożyj i wolontariusz Piotr
 
o p o w i a d a n i e

    Wolontariusz Piotr przygotowywał skręta, usadowiony na czerwonym taborecie, z książką na kolanach, gdy za ścianą wykipiał mu klozet. Wolontariusz Piotr nie mógł o tym wiedzieć. Grube palce skończyły ślamazarny taniec z bibułką, trzasnęła zapałka i pokój wypełnił dym, żywcem przeniesiony z harcerskiego ogniska. Wolontariusz Piotr siedział, oparty o ścianę, z nogami wysuniętymi bezładnie jak dwie owłosione kłody i głową odchyloną do tyłu, tak, że można dostrzec różowy wór skóry spadający swobodnie na kraciastą koszulę. Siedział tak kilka minut, palił i poczuł, że pełnię szczęścia osiągnie, odciążywszy pęcherz z nadmiaru uryny. Podniósł się, dla siebie samego anielsko lekki, i, ze skrętem w dłoni wszedł do łazienki.

-Boże święty do krzyża przybity – jęknął, przygnieciony rozmiarem katastrofy.

Z klozetu spływała spieniona, brązowa ciecz. Bąbelki wędrowały po białej kolumnie, pękając radośnie. Na kafelkach czekała je pulsująca plama. Objęła sobą szczotkę klozetową, wiadro z mopem, półkę na papier, radio i lekturę, by dzielnie dotrzeć do kratki przy wannie. Piotrowi przypominała ogromny kożuch na mleku lub zupę grzybową, do której dodano środka czyszczącego. Wolontariusz Piotr oddychał ustami, ale nie zdołał uciec przed smrodem. Pachniało, jakby ktoś najadł się orzechów i zasrał łazienkę. Smród gęsty jak żywica. Ostry niczym wiertło w zębowej miazdze. Boże święty do krzyża przybity!

-Dwa krety – rzekł smutno Piotr i podniósł deskę, by powstrzymać katastrofę. Muszlę przykrywał gęsty kożuch.

-Dwa krety – powtórzył Wolontariusz Piotr – i przynajmniej trzy stolce.

Ostatni raz odtykał klozet w poniedziałek wieczór a dzisiaj mamy, dał Bóg, czwartek. Jedna kupa na każdy dzień. I kolejna ekstra, za sprawą Araba i jego paskudnych kebabów. Wszystko tutaj, na kafelkach. Wolontaroiusz Piotr walczył z niedrożnymi rurami trzeci miesiąc, ale jeszcze nie poniósł takiej porażki. Stał, palił jointa, i zastanawiał się, co u diabła, dalej.

Marta miałaby na to gotową odpowiedź.

-Albo przetykasz porządnie, albo załatwiasz się na dole, w osiedlance – tak mogłaby powiedzieć.

-Jasne, kochanie – wolontariusz Piotr rozglądał się rozpaczliwie w poszukiwaniu ścierki – mogłoby mi nawet rozerwać dupę. Sama włożyłabyś mi tam korek.

-Żeby nie doprowadzić do tego? Pewnie.

Piotr znalazł starą koszulę w szafie z czekającym praniem, podarł ją i uklęknął na progu łazienki. Smród lepił mu się do twarzy. Osiadał na nozdrzach jak pył.

-Nie powiem, kto wrzucał tam tampony? Podpaski. I Bóg wie co jeszcze. Te małe okrągłe waciki, na pewno.

-Te, którymi wycierasz sobie fiuta? Gdzie lądują, jak nie w sraczu?

-Nie lubię, jak klniesz – rzucił przez ramię i zabrał się za ścieranie. Zaraz cofną rękę. Ciecz paliła jak rozgrzany plastik. Dwa krety. Duże krety. Dwa razy po półtora litra białych granulek, zalanych wrzątkiem.

-To mnie do tego nie zmuszaj – znów Marta – trzeba nie mieć mózgu, żeby robić to tak jak ty. Na opak. Kup chociaż żmijkę. Wezwij hydraulika. A ty wlewasz krety i przetykasz tym gumowym ustrojstwem. 

Wolontariusz Piotr przeszedł ostrożnie na środek łazienki, wziął wiadro z mopem i nalał wody. Zaczął ścierać cuchnący płyn. Wycisnął mopa w kratę na wiadrze i rzucił do Marty.

-Nie rozumiem, czemu tak gadasz. To ja stoję tutaj, w środku szamba.

-Obiecaj, że zadzwonisz po hydraulika. Przyjdzie ze żmijką.

-Zadzwonię.

-Dzisiaj?

Zerknął na zegarek

-Osiemnasta. Nikt nie przyjedzie.

-Zrób to jutro.  Z rana.

-Po pracy. Kochanie.

-Ty nazywasz to pracą?

Szczotka mopa zmieniła kolor na ciemnobrązowy. Piotr opłukał ją, zmienił wodę, i przetarł niedbale kafelki na podłodze. Ciecz przypominała teraz rozmazany pudding. Piotr zanurzył szmatę w wiadrze i zabrał się za wycieranie.

-Jestem pieprzonym emerytem – powiedział Marcie – siwiejącym wrzodem na dupie pracującego społeczeństwa. Nie będę siedział w domu i, nie wiem, kleił modeli, albo pierdział równo ze starym kotem. Chcę przysłużyć się komuś, czemuś, nie wiem. A tobie nic do tego.

Skończył wycieranie. Marta dała mu spokój. Musiał jeszcze doczyścić zewnętrzną część klozetu. Gdy skończył, zabrał brudne koszule, wiadro z mopem, poszedł na dół i wyrzucił wszystko. Usiadł, popatrzył na Mały Rynek i pomyślał, że musi zapalić.

Małym Rynkiem wolontariusz Piotr ochrzcił niewielki skwerek przed swoim oknem. Niewielki pas zieleni, ograniczony przez bloki, garaż i śmietnik, wypełniały ławki, pogięte drzewa i samotna huśtawka pozbawiona dna. Lubił siadać tutaj pod wieczór, palić dobry hasz i patrzeć, jak gomułkowskie bloki czerwienieją w zachodzącym słońcu. Biorąc pod uwagę, co czeka go na górze, mógłby siedzieć tak do rana. Spróbował zrobić sobie skręta. Zrezygnował. Śmierdziały mu ręce.

Ten hydraulik to nie jest zły pomysł, pomyślał, dzięki Marto, gdziekolwiek jesteś.

Posiedział do dziewiątej, smętnie wpatrzony w okna łazienki. Uznawszy, że kret przestał już parzyć dłonie, wrócił, i paroma ruchami przetkał muszlę. Zdumiony, stwierdził, że woda spłynęła gładko.

Piątek jest dniem niepełnosprawnych i wolontariusz Piotr działał w ich sprawie. Załatwił basen, raz w tygodniu, dla ludzi z paraliżem nóg i zadowolony z siebie, siedział ze Zbychem pijąc kawę pod parasolem.

-Znasz jakiegoś hydraulika? – zapytał.

-Poszedłeś po rozum do głowy – stwierdził Zbyszek – znowu sracz?

-Wykipiał wczoraj.

Zbyszek zatrzymał kawę w ustach, nadął policzki i możnaby pomyśleć, ze zaraz splunie, jak zaskoczone postacie, które piją coś w kreskówkach

-Co proszę?

-To, co mówię. Wsypałem dwa krety i niepotrzebnie zamknąłem klapę. Kret zagotował wodę. Właściwie, trochę wody i kupę gówna. Wszystko wykipiało.

-Nie wierzę.

-Też nie wierzyłem.

-Myślę, że nie przydałby ci się hydraulik, ale żona. Albo chociaż przyjaciółka. Kobieta nie dopuszcza do takich sytuacji.

Zbyzek pstryknął palcem w pustą filiżankę.

-Piękna partia. Starzec w zasranym mieszkaniu – roześmiał się – jeśli myślisz, że nie pozbierałem się do kupy, to pozbierałem się. Tak dobrze się pozbierałem, że polubiłem życie w pojedynkę.

-Nie wiesz, co robi Marta?

-Jezu, nie mam pojęcia. Ale powiem ci, że moim zdaniem, każda starość upływa podobnie. Czasem siedzisz, zmagasz się z własnym ciałem. Ona liczy zmarszczki na twarzy, ja plamy na rękach. I gówno jednemu do drugiego.

-Wracając do hydraulika, to mam jednego. Sąsiad. Emeryt, jak i ty. Czemu po prostu nie zadzwonisz?

-Trochę tłumaczy to skąpstwo. Wiesz, u mnie się nie przelewa. Sale dziś rano zadzwoniłem do czterech. Odpowiedziały mi automatyczne sekretarki. I masz, bezrobocie w Polsce.

-Mogę pożyczyć żmijkę od sąsiada i wpadnę jutro do ciebie. Przyniosę piwo.

-Nie piję.

-Jasne. Ty jesteś młodzieżowy.

Wolontariusz Piotr popatrzył na swój rozciągnięty sweter, wytarte spodnie od garnituru i buty nieokreślonego koloru. Przejechał dlonia po rzadkiej siwiźnie.

-Jak cholera. Pić nie mogę, bo wątroby nie starcza. Z dobrym jedzeniem, to samo. Papieroski to może dla innego serca. Jestem staruszkiem palących jointy. Na zachodzie pełno takich. Nie masz kaca, czujesz się dobrze.

-A jak to godzisz z wtorkiem?

We wtorek przypadał dzień narkomana.

-Ujmę to tak. Gdybym miał syna, wolałbym, żeby przypalił dobrego haszu raz na tydzień, niż żeby w tym czasie zalewał się w trupa. Albo kurzyl papierosy. Wódka, no popatrz tylko, ile po niej agresji. Słyszałeś, żeby ktoś zabił kogoś po joincie?

-Ale o parę jointów, i owszem.

-Trochę racja. Ale teraz już nie. To tani i powszechny towar. Nie warto.

-Powiem ci inaczej. Jak się schlejesz, na drugi dzień kac rozwala ci głowę. Mija parę dni, nim sięgniesz po alkohol, chyba, że, jak to mówią, jesteś podatny.

-Piękne słowo.

-Niezłe. A marihuana pozwala ci wstać rześkim, wręcz zachęca, by przywitać dzień skrętem. I tak, dzień po dniu, miesiąc w miesiąc, zielone liście zjadają ci mózg.

Wolontariusz Piotr nie dał się przekonać.

-Wszystko jest kwestią umiaru. Jak z sobotą?

-Wpadnę wieczorem. Ze żmijką i garścią dobrych rad od hydraulika. I żadnych skrętów. Tylko piwo.

Marta odeszła i mieszkanie stało puste. Wolontariusz Piotr powiesił garnitur, przyrządził sobie skręta i zapalił, rozwalony na łóżku, niczym sam sułtan. Zastanawia się, co sądzi o nim diler, ryżawy chłopak o oczach przestraszonej nutrii i dłoniach pianisty – długich, giętkich, sprzęzystych jak struny. Lubił trzeć towar w torebkach i najpewniej darł gazetę w paski. Sam musiał palić zdrowo. Wolontariusz Piotr obserwował, jak, miesiąc po miesiącu na oczach chłopaka zaciska się klamra. Źrenice wyglądały jak koraliki na białym sznurku.

Pewno dziadek,  pomyślał. Na pewno wołają na mnie dziadek. Albo cap.

-Masz żonę – spytał się kiedyś diler, który wszystkim klientom walił na ty.

-Miałem – wyjaśnił wolontariusz Piotr – za dużo siedziałem w pracy.

-a co robisz, dziadku?

Wolontariusz Piotr rozpromienił się wtedy i rzucił.

-we wtorki, pomagam takim jak ty.

Najpiewniej stary cap. Albo jebany cap, tak mówi na mnie diler. Zresztą, żaden diler, tylko chłopak, który chce dorobić. Połowa gówniarzy tak kołuje kasę. I proszę. Przejmujesz młodzieżowy zwyczaj, słownictwo w prezencie.

Zgasił skręta. Odgłos gniecionej bibuły zmieszał się z chlupotem w ubikacji. Wolontariusz Piotr podniósł się na łokciach. Pewno szczury dokazują w rurach. Z okna widział czasem jak buszują w śmietniku, wielkie niczym bobry. No, szczur w kiblu nie jest miłym gościem, zwłaszcza, gdy huśta się na twoich jajach.

Znowu plusnęło.

Tym razem zdrowo, jakby rybi ogon uderzył o taflę wody. Wolontariusz Piotr spróbował wstać i natychmiast pomyślał, że to tylko złudzenie. Nie ma szczurów na czwartym piętrze. Tańcują tylko w kiblu faceta, który pali blanta i nie może dojść do ładu z kanalizacją.

Zresztą, wolontariusz Piotr miał świetny sposób na uspokojenie.

Zsunął spodnie za pośladki i zaczął się onanizować. W jego wieku szło to wolniej, ale równie przyjemnie. Nie kupował świerszczyków i nie zbierał kaset porno. Przymknął oczy, wpuszczając pod powieki wąski promień sztucznego światła. Najpierw, widział tylko kontury dziewczyny, ale szybko wyszła z mroku, ukazując płaski brzuch, oliwkowe piersi  i małe sutki, tak brązowe, ze prawie czarne. Włosy wiły się wokół drobnej twarzy, z zadziornym noskiem i białym uśmiechem. Wolontariusz Piotr widział dołeczki w policzkach, niewielkie znamię nad pępkiem i włosy łonowe, wygolone w uśmiech. Dziewczyna usiadła na nim, wygięła plecy, tak, że sterczące piersi wyraźnie odcinały się od pociemniałej ściany.

Przyspieszył. Dziewczyna kołysała biodrami, i gdy poczuł zbliżający się koniec, piersi zmarszczyły się, brzuch wydął, a dziewczyna miała twarz Marty, starej kobiety z dziecinnym uśmiechem. Wolontariusz Piotr spróbował ja objąć, ale wytrysk zabrał mu Martę. Pękła bezgłośnie, jakby nigdy jej nie było.

Leżał, rozluźniając mięśnie, a szczury za ścianą grały w dwa ognie.

-Kibel, jak kibel – rzekł Zbyszek – wygląda porządnie.

-Zmieniłem muszlę na własny koszt – wyjaśnił wolontariusz Piotr.

-Robisz prezenty właścicielowi?

-Mam umowę na pięć lat. I płacę grosze. Połowę stawki.

-Szczęściarz. Po znajomości?

-Może ktoś zlitował się nad staruszkiem. Myślę czasem sobie, że jak czynisz dobro, to czasem je dostajesz.

-Starszy człowiek to pewny spokój. Ze studentami są same problemy – mówił Zbyszek, grzebiąc w torbie – nade mną mieszka taka parka. Pani psycholog z niespełnionym pisarzem. Mili, a jakże. Co sobotę spraszają gości, drą się jak Piekarski na mękach, a jak się pytasz, czy można prosić o spokój, odpowiadają, że można. Kiedyś wrzasnąłem przez okno „co tu się dzieje” i wiesz co mi odpowiedzieli? „Wpierdalaj gówno dla Szatana”. Młodzież, wykształcona. Oni ten kraj zbudują. A tu, proszę. Cos wspaniałego. Żmijka.

Wyjął gruby kawał drutu, z jednej strony zakończony korbą, z drugiej czymś na kształt wiertła.

-Zaczynamy?

-Musze się wzmocnić – rzekł Piotr.

-Znów palisz to dziadostwo?

-Chcesz trochę?

Zbyszek pokręcił głową, wolontariusz Piotr nabił lufę, ściągnął trzy chmury i oświadczył, że jest gotowy.

-Wolisz kręcić, czy trzymać.

-Trzymać.

-Świetnie. Włóż końniec do sracza. Nie tak. Głęboko. Wepchnij najgłębiej, jak możesz. Dobrze. Świetnie. Teraz trzymaj żmijkę i wpychaj ją najmocniej, jak umiesz. Cokolwiek ta jest, żmijka z tym się rozprawi.

Wolontariusz Piotr posłuchał kolegi. Zbyszek krecił korbą, a Piotr wpychał żmijkę. W połowie długości, napotkali opór.

-Cokolwiek tam jest, to źródło twoich problemów – rzekł Zbyszek - Pchaj mocniej.

Wolontariusz Piotr wytężył siły. Żmijka ślizgała mu się w ręce. I gdy już myślał, że nie adzą rady, drut zagłębił się nagle z taką siła, że korba uderzyła o kafelki. Zbyszek podniósł ją i zaczął kręcić.

-Spuść wodę.

Spłynęła gładko. Zbyszek pokręcił jeszcze trochę i odłożył korbę.

-Zaraz wlejesz kreta i podniesiesz deskę. Powinno pomóc. Teraz wyciągniemy żmijkę. Trzymaj ją, żeby nie wybiła mi oka. Tak dobrze. Czekaj, ciężko idzie.

-Co nie tak? – zapytał Wolontariusz Piotr znad ubikacji.

-Zacina się. Pewno papier. Jak zużywasz za dużo papieru , zostaje w rurach i zbija się w kule – Zbyszek szarpnął żmijką – i taki efekt. Trochę poszło – sapał – i na pewno wrzucasz tam te durne waciki. Po co ci one? Wycierasz sobie nimi fiuta?

-Ile ma żmijka?

-Pięc metrów. Czekaj. Zaraz powinien być koniec. Trzymasz dobrze, bo jak zmijka fiknie, to...

Wolontariusz Piotr zobaczył już koniec. Uwolniona żmijka wycięła w powietrzu ósemkę, ale Piotr już tego nie zobaczył. Poderwał się i puścił pawia do ubikacji. Czuł, ze w żołądku płonie małe słońce. Upadek żmijki i przeciągły jęk Zbyszka słyszał, jak przez watę w uszach. Opadł na umywalkę i zerwał ją. Leżał na ziemi, wśród wody i mięsa.

-Jasny skurwysyn – wybełkotał Zbyszek.

Wolontariusz Piotr wstał ciężko i spojrzał do muszli. Zakręciło mu się w głowie. Zbyszek podtrzymał go za ramię.

-Co teraz? – zapytał.

Na wodzie unosiła się ręka.

Siedzieli w MacDonald przy Opolskiej. Wolontariusz Piotr bezmyślnie odprowadzał wzrokiem samochody.

-Popatrz lepiej na to – rzekł Zbyszek – na tego kwiatka.

Szybe lokalu pokrywały malunki.

-Co z nim?

-Uśmiecha się a zarazem jest smutny. To kwintesencja tego miejsca.

Wolontariusz Piotr wzruszył ramionami.

-Popatrz. Obok jest mniejszy. Ten śmieje się radośnie – zauważył.

-Bo jeszcze nie wie, że będzie robił za trzy pięćdziesiąt – spuentował Zbyszek, ale wolontariusz Piotr się nie roześmiał.

-Gadaj, co ci powiedzieli? – chciał wiedzieć Zbyszek – myślałem, że wsadzili cię do pudła.

-Za co?

-Za morderstwo.

-Uwierzyłbyś im?

-Nie do tego piję.

-Widzisz – rozpoczął Piotr – nikt mnie nie wsadzi bo nie ma morderstwa. To zrobiło zwierzę. Tak mi powiedzieli.

Zbyszek podrapał łysinę, strzelił z palców i nachylił się do przyjaciela.

-Nie wydaje mi się.

-Był ty tam trzy ciała. W moim kiblu. Ze śladami zębów. Gliniarz powiedział, że o czymś takim jeszcze nie słyszał. Powiem ci jeszcze: ściągnęli tę stara pedagożkę, co wynajmuje mi mieszkanie. Maglowali ja przez pół godziny, a gdy wyszła, nie odezwała się słowem. Zagroziłem, że natychmiast wypowiem umowę. I wiesz co? Przede mną mieszkało tam małżeństwo. A jeszcze wcześniej, student. Przepadli.

-Teraz wiemy gdzie są – zauważył Zbyszek.

-Właścicielka myślała, że ulotnili się, by uniknąć płatności. Szczególnie student nabił rachunków. Dwa razy zmieniała zamki.

-I nic nie podejrzewała?

-Co miała podejrzewać? Że w rurach żyje dwumetrowy szczur, zjadający ludzi na śniadanie?

-Łazienka powinna być we krwi - zauważył przytomnie Zbyszek – chyba, że to coś ją zlizało.

-Dziękuje ci bardzo.

Zbyszek dopił kawę, zgniótł kubek i cisnął go na ogrodzony plac zabaw, ze zjeżdżalnią i figurą ponurego clowna, usadzonego na ławce przy wejściu.

-Możesz spać u mnie.

-Dzięki. Żaden szczur nie wyrzuci mnie z domu.

-Ale z kibla, jak sądzę, tak. Do czasu. Nie zostawię tak tego.

-Co zamierzasz?

-Nie wiem. Dorwać drania. Mówiłeś mi o starym hydrauliku. Zadzwoń do niego. Może do czegoś się przyda.

-Daj spokój – rzekł Zbyszek z zakłopotaniem – weźmie nas za wariatów.

Wolontariusz Piotr pogrzebał w kieszeni. Bibułki i gruda leżały na miejscu. Stęsknił się za nimi.

-Nie sądzę – powiedział, pożegnał się i poszedł.

Próbował zasnąć. Męczył oczy przed telewizorem . Znalazł hiszpański kanał na kablówce, gdzie ludzie przebrani za wielkie pisanki zmagali się z wyszukanym torem przeszkód. Zwycięską szóstkę umieszczono w okrągłej sali wielkości auli szkolnej, ustawiono na niebieskich talerzach i wpuszczono byka. Zegar ruszył, a wolontariusz Piotr patrzył z rosnącym zdziwieniem jak dwustukilowe zwierze z ochraniaczami na rogach, wywraca kolejnych nieszczęśników, aż został tylko jeden. Byka zapędzono do klatki. Twarz zwycięscy przypominała grochówkę, która zaraz ma wykipieć.

Rozminąłem się ze współczesną cywilizacją myślał Piotr, paląc skręta, stałem sobie na drodze, a ona fiuuuuu!, przemknęła i już jej nie było. Tylko światła migają.

Wszędzie teledyski, albo programy rozrywkowe. Gruba Niemka dosiada wąsatego Bawarczyka z zielonymi spodniami spuszczonymi do kolan i skarpetkami białymi jak papieska tonsura.  Rewiński z Piaseckim dokazują ile wlezie, zapewne ostro podpici. I jeszcze im płacą powiedział do siebie Piotr też bym chciał. Próbował zasnąć przy telewizorze. Zagłuszał odgłosy z łazienki.

Gdzieś, w rurach żyje wielki skurwysyn. Jak szczotka, drąży kanały i pije gówno w drinkach z parasolką. Dla rozrywki zjada ludzi. Siedzisz na tronie jak sam Barbarossa, a tu nagle, siup i wgryza ci się w kichę. Nim się połapiesz, szaleje w twoim brzuchu, robi tam prawdziwa potańcówkę, chcesz krzyknąć, a ten kudłaty ściekojad wychyla ci się z ust i beka z zadowoleniem. Pewno ma trzy rzędy zębów, zarośnięte oczy i nosek różowy jak łechtaczka. Najdroższy Boże, wolontariusza do kiblowej zakały na teraz. Niech przyniesie dyplomy.

Drzemał przez chwilę, a gdy otworzył oczy, dostrzegł Martę w koszuli nocnej, patrzącą w telewizor.

-Wszedłeś w kabałę, kotku.

-Nie wiem, z czego się cieszysz –odparł – tym razem to nie moja wina.

-Nigdy nic nie jest twoją winą. A jak zawalisz, spieprzysz coś paskudnie, to lecisz do biura i odpracowujesz. Schlałeś się i rozwaliłeś pół mieszkania, znakomicie, postoisz tydzień z puszką i poczujesz się lepiej. Zostawisz mnie chorą, ale zatańczysz dla Owsiaka. Zobaczymy, jak poradzisz sobie z tym sraczem.

Wolontariusz Piotr odwrócił się do żony.

-Nigdy nie było tak prosto.

-Najłatwiej było pomagać obcym. Bezdomny potrzebuje dachu nad głowa. Narkoman terapii. Pobita żona środków na proces. Tu zawsze wiadomo, co robić. Ale jak uratować małżeństwo? Jak ułożyć sobie życia od nowa? Tego nie wiedziałeś, nie chciałeś nawet myśleć. Naucz się pomaga ludziom, których znasz. Choćby sobie.

-Co to ma wspólnego z kiblem?

-Nie wiem – roześmiała się – ironia losu. I dobrze, że spotkała właśnie ciebie.

Wolontariusz Piotr wzruszył ramionami. Chciał przełączyć kanał, gdy z łazienki dobiegł chlupot. Jakby coś dużego wyskoczyło nad taflę wody, wykręciło salto i wróciło do domu w rurach.

Jak mieszka stary hydraulik?, myślał wolontariusz Piotr, idąc po schodach w odrapanej kamienicy. Minął obskurna bramę, obsikane schody i szedł obok pobazgranych sprayem ścian. Większość drzwi stała otworem. Wolontariusz Piotr widział kołyski, otoczone morzem ubrań, wytatuowanych mężczyzn pochylonych nad herbatą, grube kobiety z gromadką dzieci, rzędy szmat rozwieszone na krzesłach i młodych ludzi, siedzących pod ścianą, z joypadami w rękach. Chłopiec, na oko trzynastoletni, stał oparty o framugę, w czapce z daszkiem do tyłu, Red Bullem w jednej, i papierosem w drugiej ręce. Chłopiec pluł od niechcenia. Odprowadził Piotra wrogim spojrzeniem.

Hydraulik zostawił uchylone drzwi. Zbyszek, który szedł przodem, zapukał. Hydraulik okazał się niskim mężczyzną w wojskowej kamizelce, założonej na gołe ciało i zarośniętej twarzy z ogromnym, czerwonym nosem, podobnym do wysuszonego pomidora. Gdy uśmiechnął się, wolontariusz Piotr dostrzegł zbęby koloru świeżego drewna i niemal czarne dziąsła.

-Wejdźcie – rzekł hydraulik.

Na mieszkanie składał się ciasny pokój, ślepa kuchnia i łazienka tak mała, że Piotr z trudem się w niej obrócił.

-Herbaty? – zapytał hydraulik. Obaj chceili. Hydraulik podreptał na krzuywych nogach do kuchenki, poczekał, aż woda się zagotuje i zalał szklanki w dwóch trzecich. Nim Piotr zdążył zaprotestowac, dopełnił je wódka i podał.

-Wasze zdrowie – powiedział – szczególnie pana. Zbyszek powiedział mi o wszystkim.

Hydraulik palił niebieskie galluosies, którym ukręcał filtry.

-Stał pan kiedyś po kolana w gównie? – zagadnął – nie? No to teraz pan stoi. Wdepnął pan w trudna do opisania chujozę. W ściekożyja.

Zaciągnął się i mówił dalej.

-Niech pan się nie martwi, tez nie wierzyłem,. Starsi koledzy coś tam gadali, myslałem, ze robia mnie w butelkę. Powiedzieli, słuchajcie, to cholerne skurwysyństwo jest z nami odkąd wymyślono łaźnie i akwedukty. Nie wiem, czym żywiło się przedtem, ale najbardziej lubi ludzkie tyłki.

Wolontariusz Piotr zadrżał.

-Żywi się jak wąż. Je dużo i rzadko. Trawi w rurach, tak sądzę. Nie mów, że jako dziecko nie bałeś się, że stwór ze sracza odgryzie ci pisiorka – hydraulik szybko przechodzil na „ty” – może to utajony, jak to mówią, strach przed ściekożyjem. Ja się na tym nie znam i ie wierzyłem, az komus tamd ziecko nie wciągnęło. Matka zapłakana. Siedział chłopiec i nagle szlus, nie ma go. Tylko woda czerwienieje. Co się działo. Wzięli mnie na eksperta i wtedy uwierzyłem

-Widzial go pan?

-Tylko ogon. Kurestwo, ma ogon jak zwyczajna – hydraulik poważnie pokiwał głową – mignął mi w ubikacji.

-Może to był szczur – zauważył Zbyszek.

-Możesz mówić na metrowego stwora szczur, jeśli chcesz. Ja wolę ściekożyj.

 

*************

I twierdzisz, że masz takiego.

Wolontariusz Piotr miał w gardle ostry kamień i tylko skręt zdołałby go rozkruszyć. Opowiedział, co znalazł w ubikacji, barwnie opisał zzieleniałych ze zdziwienia gliniarzy i noc na komisariacie. Powiedział wreszcie, że ma dosyć srania po McDonaldach i nie da się skurwysynowi.

-Jesteś pieprznięty, czy popierdolony? – chciał wiedzieć hydraulik.

-Chcę swój dom z powrotem.

Hydraulik zgarbił się nad stołem, wyjął papierosa z paczki i przeciągnął językiem po bibułce.

-To nie jest twoje mieszkanie. Idź do właściciela. A najlepiej stamtąd się wynieś. Nie słyszałem, żeby ktoś załatwił ściekożyja.

-Widziałeś tylko jego ogon.

-Za tym ogonem jest straszna chujoza. Drań jest odporny, chyba na większość trucizn. Żmijką może umyć sobie zęby. Modrę płucze najostrzejszym kretem. To coś żyje w syfie. Ściekożyj, proszę was, buduje dom w tym, co człowiek z siebie wyrzuca.

-Jest częścią tego, czego nie chcemy – uzupełnił Zbyszek.

-Ładnie powiedziane – rzekł hydraulik – czytałeś Arystotelesa?

Wolontariusz Piotr tylko otworzył usta ze zdziwienia.

-Ja czytałem – powiedział z dumą hydraulik – jak człowiek siedzi na dupie, dzień i noc, czasem go bierze, wiecie, poczytać kogoś mądrzejszego od nas. I Arystoteles twierdził, że myszy biorą się z brudu a robaki z błota. Ściekożyj rodzi się z gówna, tak myślę. Spróbuj zejść w jego świat, a wywrócisz sobie bebechy na lewą stronę. Wyplujesz żołasa. Nie mówię prawdy?

-Masz świętą rację – odparł wolontariusz Piotr – i dlatego ja wyciągnę go na górę.

 

Wolontariusz Piotr odłożył wiertarkę i z zadowoleniem popatrzył na skończone dzieło. Metalowa poręcz została rzyśrubbowana na wysokości ramion. Siadł na zamknięty klozet i chwycił poręcz. Wstał najszybciej, jak umiał i zapalił skręta.

Doskonale.

Z głębi mieszkania, brzmiała muzyka.

Wolontariusz Piotr usiadł w rogu łazienki, patrzył na klozet i palił powoli. Muszla zadawała się bielsza od śniegu, jej kształt wyostrzył się,  zbiegł w złowrogą symetrię. Piotr dotknął gładkiej powierzchni. Była ciepła. Przyłożył całą rękę i poczuł, jak klozet oddycha płytko, jak niżej bije złowrogie serce. Przyłożył ucho do rury. Głęboko, na niższych piętrach coś buszowało. Wyobraził sobie ostry ryjek, torujący kanały, muskularne łapy o srebrnych pazurach i szczękę szeroką niczym półmisek, z setkami zębów i brązowym, ruchliwym językiem. Ściekożyj wędrował niżej, głodny, zły i groźny. Jutro przyjdzie jego czas.

-Co robisz? – Marta zjawiła się niespodziewanie. Uklęknęła, obejmując Piotra za ramiona.

-Słucham – wyjaśnił - jego serce bije.

Wstał i wziął Martę w objęcia. Stali tak chwilę. Rury chlupotały. Wolontariusz Piotr uwielbiał zapach swojej żony. Spojrzał na nią i dostrzegł, że dzisiaj ma młodą twarz studentki, z małym noskiem i lśniącą skórą, opinająca policzki. Pocałował Martę w czoło, potem w rękę i dostrzegł, że dłonie są stare. Przypominały mu złuszczoną brzozę. Pogłaskał kciuk i skóra odpadła, ukazując wysuszone żyły i poczerniałe kości.

-Kocham cię – powiedział – jutro wszystko będzie dobrze.

-A jak się nie?

-Musi się udać. Nie poddam się – przygryzł wargi i dodał – nie oddam łatwo naszego domu. Ale czasem, czasem, myślę, że nasz dom jest wszędzie. I wszędzie będziemy szczęśliwi.

-Ja chcę tu zostać – odparła Marta – muszę.

Przytulił ją ponownie.

-Zostaniesz. Obiecuje ci to. Uwierz, nawet przy najgorszej kłótni, nie zapomniałem, jak bardzo cię kocham.

 

Zbyszek patrzył na wolontariusza Piotra, krzątającego się po łazience i zadawał sobie pytanie, po cholerę wszedł do tego szamba. Dosłownie i w przenośni. Palił papierosa, takiego, jak lubił, z ułamanym filtrem i puszczał nerwowo kwadratową szczęką.

-Nie wiem, czy to dobry pomysł – powiedział.

-Masz lepszy? – Rzucił przez ramie Wolontariusz Piotr. A Zbyszek miał. Cisnąć wszystko i iść do domu.

-Chcesz papierosa?

-Daruj.

-Wolisz zielone gówno?

-Dziś nie paliłem – rzekł wolontariusz Piotr poważnie i mówił prawdę. Na walkę ze ściekożyjem zabrał trzeźwą głowę. Zbyszek kręcił się chwilę i wreszcie zawisnął na poręczy, podkurczając nogi.

-Nie urwie się – rzucił Piotr – zaczynamy.

Podniósł klapę i stanął w rozkroku nad muszlą. ]

-Podaj wiadro.

Zbyszek wykonał polecenie. Wolontariusz Piotr zrzucił niedbale pokrywę. Wyjął kawałek mięsa i rzucił do klozetu. Za nim poszły dwa następne, barwiąc wodę na czerwono, aż Piotr przechylił wiadro i wlał całość. Pociągnął za spłuczkę, opluł się i poklepał Zbyszka po ramieniu.

-Nie za mało tego? – Zbyszek stal oparty o framugę i wyglądał na faceta, który za wszystkie skarby świata chce czmychnąć, tylko nie wie jak.

-Drań nie ma się nażreć. To na apetyt. Czekaj.

Wolontariusz Piotr przyłożył ucho do rury. Trwał tak chwilę, gryząc wargę. Myślał o Marcie. Szkoda, ze nie może widzieć go teraz. Udowodni, że jest zdolny stawić czoła wyzwaniu, ochroni ich dom.

-Rusza się. Idzie w górę.

Poderwał się na nogi.

-Twoja kolej.

Tego Zbyszek obawiał się najbardziej. Stał, niezdecydowany, aż Piotr szarpnął go za rękę i posadził na ustępie.

-Spodnie.

-Spodni nie zdejmę – zaprotestował Zbyszek. Wolontariusz Piotr popatrzył poważnie.

-To coś, moim zdaniem, kieruje się ciepłem. Prawdopodobnie jest ślepe.

-Pocieszasz. Jak jesteś taki mądry, sam siadaj.

Z głosu Zbyszka brzmiała taka żałość, że wolontariusz Piotr pozwolił zostawić mu spodnie. Zbyszek usiadł na samym brzegu i uchwycił się poręczy. Miał twarz okrągłą i czerwoną, z małymi oczkami, biegającymi nerwowo po kafelkach.

-Głębiej – rzekł Piotr, ale Zbyszek nie posłuchał.

-Jak sobie chcesz – mruknął Piotr.

-Lepiej się przygotuj – jęknął Zbyszek.

-A ty się uspokój – wolontariusz schylił się i podniósł siekierę, największą, jaką można kupić w supermarkecie. Stanął nad Zbyszkiem. Oddychał ciężko.

-Mogłeś kupić spluwę – wymamrotał Zbyszek

-Za dużo kombinowania.

-Od ruskich.

-Ruscy, ruscy, ci twoi ruscy. Chcesz, żebym odstrzelił ci dupę?

-Wielka różnica. Odstrzelona, czy odgryziona.

-Nie ma ryzyka – zapewniał Wolontariusz Piotr – pamiętaj. Jak usłyszysz, że nadchodzi, że jest tuż, tuż, podrywasz się na rękach. I jak najdalej od sracza. Mamy go.

-A jak się cofnie.

-Nie cofnie. Pełno tu mięsa.

-Dzięki.

-Cicho. Słuchajmy.

Zbyszek zamilkł natychmiast. Po nasadzie nosa spływała mu wielka kropla potu. Zatrzymała się na czubku. Zbyszek otarł ją ręką i natychmiast chwycił się poręczy, chwiejąc się i sapiąc.

-To nie na moje lata – szepnął, opuścił się, odetchnął

-Czemu stąd się nie wyniesiesz?

-Nie chcę – Piotr wzruszył ramionami – żaden kudłaty skurwiel nie wywali mnie z domu.

Zbyszek sięgnął po papierosa. Piotr chwycił go za przedramię.

-Ręce będą ci potrzebne.

Westchnięcie.

-A czemu nie znajdziesz sobie kogoś?

-O czym mówisz? – zapytał obojętnie wolontariusz Piotr.

-O kobiecie. Ile to już, jak Marty nie ma?

Wolontariusz zerknął na zegarek i obaj się roześmieli.

-Trudno powiedzieć. To przecież nie tak, że rozstajesz się jednego dnia. Bęc i już, możesz liczyć stracone lata. Patrzyłem, jak nasze życie powoli rozchodzi się w dwa kierunki, jak każde woli rozmawiać same ze sobą niż... no wiesz. A tak serio? – strzelił palcami – to siedem lat.

-Czas najwyższy, stary.

-Nie moje lata.

-A koleżanka z biura.

-Pani Kasia? Pani Kasia jest urocza.

-Zastanów się czy nie tylko dla ciebie.

-Gadasz głupoty – wolontariusz Piotr podrapał się w łysy placek na środku głowy.

-Jak nie ona to inna.

-Co, księdzem jesteś? Trochę dochodziłem do siebie, żeby ułożyć sobie życie. I wreszcie wszystko jest na miejscu. Znaczy, było.

-Jeśli tak mówisz, jesteś starszy niż myślałem – powiedział Zbyszek – jesteś martwy.

Wolontariusz Piotr niezdarnie chwycił się za gardło i serce, wybałuszył oczy i parsknął śmiechem.

-Wiesz, dochodzi do mnie nonsens tej sytuacji.

-Jakiej? Tego, że polujemy na kiblowego stwora?

                -Mniej więcej.

                -To twój pomysł.

                -Ale wykonanie nasze. Słuchaj, jak chcesz, kończymy komedię. Może wreszcie dasz namówić się na piwo i nie mów mi, że nie obudzisz się następnego ranka.

-Cicho! –Przerwał wolontariusz Piotr.

-Słyszałeś coś?

-Chlupnięcie, czy coś takiego.

-Chlapnięcie, czy nie?

-Nie wiem, jak uciszysz się to ci powiem.

I wtedy coś szarpnęło Zbyszkiem. Mężczyzna gwałtownie puścił poręcz i wyrzucił w górę bezradne ręce. Natychmiast pobladł, rozdziawił usta, a w rogu warg zatańczyła kropelka krwi. Nim Piotr zdążył się ruszyć, szarpnięcie wciągnęło Zbyszka w muszle po biodra. Kolana miał teraz przy brodzie, wreszcie, zdołał chwycić poręcz lewą dłonią, spróbował się podnieść, ale nie potrafił.

-Pomóż mi! – Jęknął. Wolontariusz Piotr stał, niezdolny do ruchu, z siekierą wysunięta przed siebie.

-Jezu! – sapnął Zbyszek. Nastał moment ciszy, coś trzasnęło, jak róg ułamywanej karty telefonicznej, Zbyszek zaczął krzyczeć i Piotr jeszcze nie słyszał takiego krzyku. Cisnął siekierę i szarpnął przyjaciela. Zbyszek zacisnął ręce na jego szyi.

-Puść mnie, stary – szepnął wolontariusz Piotr  - albo razem tu zginiemy.

Szarpnął się raz jeszcze i wylądował na ziemi, z przyjacielem w ramionach. Uderzył głową o ścianę, przed oczyma mignęła mu czarna tafla. Za nią, Zbyszek kiwał głową, a  gdy ustąpiła, Piotr dostrzegł nieprzytomne oczy przyjaciela. W ustach nabrzmiewała czerwona bańka ze śliny.

Piotr poderwał się i chwycił siekierę. Powstrzymał wymioty, gdy spostrzegł, co ściekożyj zrobił staremu, poczciwemu Zbyszkowi. Zbyszek piwosz, pijący wyłączne Żywca z cienkiego szkła, miał między nogami ranę wielkości pięści. Strzępy ubrania, skóry i mięsa ruszały się na ukwiał. Zbyszek, nieszczęsny dobry Zbyszek, nie przegra pensji w karty, nie odwiedzi burdelu jak co roku, na wiosnę i nie odkurzy kolekcji żołnierzy, bo rana ciągnęła się dalej, ostra i wąska, wzdłuż kręgosłupa. Szyja nabrzmiała, Zbyszek kaszlnął, drgnął i przewrócił się na plecy. Szeroka klatka unosiła się i opadała, nie jak przy oddechu, bo ściekożyj drążył wnętrzności, wił się w ciele dobrego Zbyszka, by dotrzeć do gardła, by wystawić noś na światło, którego jeszcze nigdy nie oglądał.

Wolontariusz Piotr także nigdy nie widział ściekożyja.

Długie na metr zwierzę zsunęło się z ust Zbyszka na kafelki. Krew na rzadkiej sierści przypominała chitynowy pancerz. Truskawkowy nosek sunął po kafelkach. Pysk był ostry i długi, wgnieciony w potężny kark. Ściekożyj miał niewiarygodnie mocne łapy, krępy ogon i szeroki grzbiet, na którym grały mięśnie. Podniósł głowę i wolontariusz Piotr dostrzegł, że zwierzę jest ślepe.

Ściekożyj sunął niepewnie, poznajac węchem obcy sobie świat. Piotr zaszedł go od tyłu, wymierzył cios, ale zwierzę uskoczyło. Ściekożyj zaatakował na oślep, minął nogę Piotra, uderzył w ścianę, zawrócił i wgryzł się mężczyźnie w łydkę. Zęby otarły o kość, tak głośno, jakby rozdzwoniły się dzwony. Piotr zakręcił się, upadł, a ściekożyj skoczył mu do gardła. Piotr próbował chwycić go za szyję, niezdarnym ruchem wyprowadził cios i trafił zwierzę w różowy nosek.

Ściekożyj zapiszczał jak pies. Łapy mu się rozjechały. Podniósł obolały łeb. Piotr zdołał się podnieść i uderzył siekierą.

Ostrze spadło na grzbiet ściekożyja. Zwierzęciem targnął konwulsyjny kurcz. Piotr wydobył siekierę, ściekożyj podciągał się na przednich łapach i zaczął sunąc w stronę muszli, gdzie będzie bezpieczny. Ciemny język wysunął przed zęby. Tylne nogi wisiały bezwładnie.

Piotr szybkim ruchem odrąbał mu głowę i ściekożyj znieruchomiał. Łatwo poszło, ale, drogi Zbyszku, nie każdy może tak powiedzieć. Piotr usiadł na brzegu wanny. Ściekożyj przypominał szmatkę do wycierania podłogi i Piotrowi zdało się, że jest nią naprawdę. Urojenie? Wymyślił sobie ściekowego stwora, by odegrać się na Marcie? Zwidy nie zjadają ludzi od wewnątrz. Zbyszek leżał, wyżarty od środka, jakby był drzewem, a ściekożyj wielkim kornikiem.

Wolontariusz Piotr pomyślał, że zabił faceta. Pogrzebał Zbyszkowi w kieszeni, wyjął papierosa i zapalił. Gdy dymek zgaśnie zadzwoni na policję. Ciekawe, co teraz powiedzą. Próbował się uśmiechnąć. Spojrzał na nogę. Sztruks nasiąknęły krwią. Półprzytomnym wzrokiem spojrzał na apteczkę, na martwego sciekożyja i na zakrwiawioną muszlę. Można powiedzieć, puścił pawia już po dzwonku.

Nie dotykaj niczego , pomyślał i zaraz powtórzył na głos. Tak uczą na filmach. Przejdzie przy ścianie, do telefonu. Przyjadą gliny i łazienka stanie się ich problemem. No, nie całkiem, bo Zbyszek miał matkę starowinkę w zachodniopomorskim siostrę i żonę i dzieci. Technicznie do sprawy podchodząc, wdowę i sieroty wchodzące w dorosłość. Dzień dobry, Piotrek się kłania. Dzisiaj kiblowy skurwiel pozbawił pani męża większości trosk życiowych. Jak wygląda facet bez zmartwień, dowie się pani w kostnicy. Krew zalała!

Minął Zbyszka, ściekożyja i spojrzał do ubikacji, na spienioną wodę, resztki mięsa i krew na desce.

Na tysiące małych jajeczek.

Czarna ikra ściekożyja.

Pierwsze jajo pękło i ściekożyj, cienki jak zapałka, uwolnił się do wody. Za nim następne, głodne świata. Jajka trzeszczały jak małe petardy. Piotr czuł, jakby ktoś wybijał mu rytm w środku ucha.

                Drżące  znalazły bandaż, owinęły i owinęły go wokół nogi. Młode ściekożyja zsunęły się po muszli. Pierwszy dotarł do matki i wgryzł się w mięso. Inne dopadły Zbyszka. Wpełzły na twarz. Do oczu, otwartych jak okna w lipcowe popołudnie.

Opuścił łazienkę. Kilka potrzebnych rzeczy – resztka trawy, koszula, płaszcz, drugie spodnie. Porftel. Nie zostanie tu ani chwili i nigdy nie powróci.

Utykając dodarł do drzwi. W kiblu brzmiała kanonada narodzin.

Uczta rozpoczęła się na dobre. Małe dranie znalazły prawdziwy szwedzki stół. Piotr wiedział, że nie starczy im na długo. Gdyby wykluły się w rurach, większość zginęłaby bez pożywienia. Tu miały go dosyć i ruszą dalej. Ale wolontariusz Piotr będzie już daleko.

-Gdzie idziesz? – zapytała Marta. Prawie o niej zapomniał. Chwycił żonę za rękę i pociągnął do drzwi.

-Musimy stąd uciekać – rzekł, mocując się z zamkiem – chodź, pospiesz się.

-Wczoraj mówiłeś co innego.

-Wczoraj – uchylił drzwi łazienki. Zbyszek miał twarz białą od larw..

-Obiecałeś, ze zostaniesz ze mną.

Marta stała w koszuli nocnej, boso, błagalnie unosząc dłonie. Wolontariusz Piotr zawrócił (miał wrażenie, że łydka już odpadła i wisi na pasku skóry). Objął czule żonę.

-Wszędzie będziemy bezpieczni. Ja i ty.

-Obiecałeś, że zostaniesz ze mną.

-Nie mogę – chwycił ją za rękę – znajdę nam inny dom.

Rozpłakała się na dobre.

-Ja musze zostać. Jeśli odejdziesz, koniec z nami. Nigdy mnie nie zobaczysz. Zawsze wiedziałam, że najważniejszy jest dla ciebie własny tyłek.

-To nieprawda.

-Zawsze mnie zostawiałeś. Zawsze myślałeś tylko o sobie.

-Nie. Wszystko robiłem dla nas, abyśmy kiedyś żyli lepiej.  Nie umiałaś tego dostrzec.

-Trudno było. Nigdy nie wpuściłeś mnie do swojego świata.

Tak bardzo chciał powiedzieć, że to nieprawda. Objął ją czule. Wdychał zapach strachu.  Pocałował Martę w czoło. Odsunął się i spojrzał na nią z miłością. Wyglądała staro i nieszczęśliwie. Śliskie oczy patrzyły błagalnie na Piotra. Przypominały, że dał słowo.

Słowo, nieważne. Ale wolontariusz Piotr kochał Martę ponad wszystko.

-Zostanę – rzekł ciężko – w takim razie, zostanę.

Decyzja zapadła i nie było już Marty. Piotr wiedział, że wróci.

Trzeba trochę poczekać.

Wolontariusz Piotr z trudem dotarł w róg pokoju. Zrzucił torbę, zrobił skręta i zapalił go w ciemności. Myślał o Marcie i o tym, że nie mógł inaczej postąpić. Marta zjawiała się z nieznanym mu rytmem, ale wiedział, że przyjdzie. Czuł ją w cieple powietrza. Na pewno przyjdzie. Czekał i słuchał, jak za ścianą młode ściekożyja wychodzą na wolność.

 

koniec

 

Łukasz Orbitowski
lukasz@orbitowski.com

 

 
  
  
Copyright (c) 1998-2003 Załoga G
  poprzednia strona : spis tresci : następna strona