I tym prostym sposobem tkwimy sobie w nicości. W nicości, która pochłania umysł jak konewka wodę - pomyślał Edwin. Oj, chyba coś namieszałem. Trudno.
Edwin był sam. Rzeczywiście. Siedział na podłodze, oparty o ścianę dłuuugiego, szarego korytarza. Nie płakał. To fakt. Nie płakał, chociaż stracił wszystko. W jego sercu dopiero teraz zaczynała rozwijać się coraz większa i większa kryształowa róża. Róża bólu i rozpaczy. Niedługo zobaczymy jej białe płatki, a potem... a potem... kolce? Nie, to niemożliwe.
Parę dni temu Edwin podziwiał płatki śniegu. Śnieżynki spływały w dół (a może w górę?), wiatr porywał je coraz dalej i dalej. Edwin złapał jedną z nich wzrokiem - śledził jej lot i taniec. Co w ten sposób odkrył? Chyba nic. Zobaczył tylko, że śnieżynki wcale nie są poruszane wiatrem, że te białe okruszki to nie jakieś tam zimne śmiecie, które nic nie potrafią i których jedynym celem jest bezładne spadanie.
Nie. Śnieżynki nie są głupie. One żyją. Naprawdę. I wcale nie chcą, żeby ktoś zabierał im ich cudowny, biały kolorek. Śnieżynki mówiły: NIE CHCEMY! WCALE NIE CHCEMY! Ale Edwin ich nie słuchał.
***
Edwin ubrany był w zwyczajne, szare spodnie i szary płaszcz. Jego twarz wyglądała jak brudna kałuża. W oczach nigdy nie było blasku - nikt nie umiał powiedzieć, jaki mają kolor.
Dawniej Edwin rzadko wychodził z domu. Okna jego mieszkania były zasłonięte. Dlaczego? Ponieważ Edwin nie był zwyczajnym człowiekiem.
Dwukrotnie sąsiedzi przysyłali do jego mieszkania policję. I dwukrotnie Edwin otwierał drzwi, spoglądał w oczy funkcjonariuszy, a potem... A potem? Potem już nikt nigdy ich nie widział. Nikt nie pamiętał co się stało i jak wyglądał Edwin, gdy wychylał się ze swego ciemnego mieszkania. Sąsiedzi wypytywani potem o szczegóły zajścia opowiadali mniej więcej taką historię:
- On tam był. To pewne - był tam. Ale co zrobił? (...) Wie pan... Ja naprawdę nie pamiętam. Wiem, że była... była jakby szarość... Ja wiem? Coś jak pana sweter. No po prostu szarość, wie pan. No, ale jak wywiało tych niebieskich, to ja naprawdę nic panu nie powiem. No nie wiem. Po prostu nie wiem. (...) No i był jakby... jakby taki mrok... Ja wiem? Chociaż świeciła ta świetlówka to taka jakby czerń - ona ogarnęła nas wszystkich. Spojrzałem wtedy na swoją rękę i co zobaczyłem? Cha, cha, cha... I tu jest właśnie problem. Wie pan dlaczego? Bo ja nie zobaczyłem nic. Po prostu nic. Mojej ręki nie było. No realnie. (...) A potem wszystko wróciło do normy. I znowu było jasno. No widzi pan - tak jak teraz.
Mieszkanie Edwina odwiedzały tylko liczne grupki kotów. Zwykle przemykały one tak, że nikt z sąsiadów ich nie zauważał. Tylko jedna Kotka obdarzona różową sierścią była nieuważna. Nie dbała o to czy ktoś ją zobaczy, czy nie.
Gdy Kotka docierała do drzwi Edwina, siadała na wycieraczce i drapała łapką w drzwi. Trzy razy. Zawsze trzy razy. Tylko trzy razy. A potem? Potem znikała.
Sąsiedzi widzieli jak pochłania ją mrok czarnych drzwi. Jednak twierdzili, że Kotka po prostu otwiera łapą drzwi, a potem wchodzi do środka. Tak. To wszystko było jak najbardziej realne. Ludzie nie lubią dziwnych, szarych facetów, których wyglądu nie można określić. O nie. Ludzie nie lubią dziwnych, szarych facetów, a jeszcze bardziej nie lubią ich pupilków. Różowa sierść. Skąd wzięła się różowa sierść? To normalne, prawda? Zupełnie normalne. Zupełnie normalne. Zupełnie normalne. Zupełnie NO-RMA-LNE!
A później? Co było później? Sąsiedzi nie pamiętali. Niektórzy z nich widzieli otwarte drzwi mieszkania Edwina. Zaglądali tam i ogarniał ich zupełny mrok. To było wszystko. W ciemnościach i czerni siedziała różowa Kotka. Jej oczy były czerwone. Świeciły jak płonące rubiny. Kotka płakała. Nie wiedziała co się stało. Nie rozumiała. Jej różowa sierść była mokra.
Kotka. Małe, dziwne zwierzątko. Czy ono może coś czuć? Czy ono może cokolwiek czuć? Mrok wirował wokół niej. Sąsiedzi widzieli fale czerni. Coś okropnego.
Dwa lata później kamienica, w której mieszkał Edwin zawaliła się. Kotka uciekła. Na szarych gruzach wyrosły różowe kwiatki. Tak pięknie pachniały, gdy wiał wiatr. Słodkie kwiatuszki, miękkie jabłuszka, cudowne makóweczki. Zjedz je, a poczujesz co to znaczy mieć niebo pod ręką.
Kotka usiadła na wzgórzu. Stamtąd obserwowała gruzy. Jej różową sierść rwał wiatr. Kotka czekała. Po co? Dlaczego? Obietnica. Nie spełniona obietnica. To najbardziej boli, prawda? To najbardziej dotyka. To najbardziej niszczy. Ale co? Kotka nie wiedziała.
Polizała swą zmarzniętą łapkę. Wyczuła zapach zagrożenia. Zignorowała go. Dla jej poszarpanej duszy już nic się nie liczyło. Nic oprócz obietnicy. Obietnicy, która zjadła jej umysł. Po kawałeczku. Po malutkim kawałeczku. Był taki słodziutki, prawda? Taaak. Twój umysł był cudem. Ale teraz... już go nie ma. Przykro nam. Do widzenia.
Kotka spojrzała do góry. Niebo przybrało ciemną barwę. Chmury przysłoniły wyblakłe słońce.
Zagrożenie. No i co z tego?
Zaczął padać śnieg. Białe płatki tańczyły jak zwariowane gołębie. Kotka je lubiła. Śnieżynki były zimne. Przyklejały się do sierści, wpadały do nosa, uszu i oczu.
Zagrożenie.
I co z tego?
- Słodki kotek, słodki Kotek. Cudowny koteczek. Co tu robisz różowy marcepanku?
Kotka odwróciła główkę w stronę, z której dobiegał głos. Zobaczyła dziwną panienkę odzianą w zielony strój uszyty z liści i sosnowych igieł. Jej twarz była zielona. Ręce gładkie, okryte długimi rękawami sukni. Czy to jest zagrożenie?
Oczy nieznajomej były ciemne i łagodne. Przypominały Kotce ślepia wielkiego konia, który oczekuje na swoją porcję owsa. Jednak te oczy mimo ciepłego połysku nie oczekiwały. One żądały... żądały... żądały...
Kotka odwróciła głowę. Patrzyła teraz na ruiny kamienicy i różowe kwiaty, które z daleka wyglądały jak kałuże rozlanej farby. Gęstej i gorącej farby. Takiej farby, która zakleja oczy i usypia niebezpieczne kociaczki. Kociaczki takie jak... takie jak... ty.
Kotka zadrżała. Zjeżona sierść. Napięty grzbiet. Pomniejszone źrenice. Mokry nos. Nienawiść. Za tobą stoi czysta nienawiść.
Nie prawda.
- Słodka, sssłodka koteczka - powiedziała nieznajoma. - S-Ł-O-D-K-A. Bardzo S-S-S-Ł-O-D-K-A.
Uciekaj, Matkoboska uciekaj!
Nie.
Kotka nie posłuchała głosu. Wiedziała. Nie. Wcale nie wiedziała. Nie wiedziała nic. Najważniejszy problem. Nie wiedziała nic.
Dom. Czarny dom. Kamienica znaczy się. I pokój. I obietnica. I mrok. Ten słodki mrok (sssłodki, hej, słodki...!). Pamiętasz? Nie pamiętasz. Obietnica. Ona żyła własnym życiem, dopóki... dopóki... nie znikł O-N. Czarodziej. Edwin. Pigułka szczęścia. Wachlarz świeżości. Deszcz liści. Był cudem. Obiecał.
Głupie obiecanki.
Nie dotrzymał słowa.
To bolało, prawda?
Tak, tak. Bardzo bolało. Kotka do tej pory czuła smak swych głupich łez. Tak. Bo Kotka płakała każdej nocy. Każdej, głupiej, pustej nocy. Kotka nie lubiła samotności. Wcale. Wcale. Wcale. Wcale. Samotność sprawiła, że serduszko Kotki stało się takie twarde i brzydkie. Kotka przestała ufać. Kotka przestała wierzyć. Kotka przestała żyć. Stała się taka pusta.
- Koteczka czeka? - nieznajoma usiadła obok Kotki. - Koteczka się martwi. - Zaczęła głaskać ją po grzbiecie. - Koteczka jest... - w powietrzu rozniósł się zapach ususzonych jagód i połamanych, leśnych gałązek. - ...jest... jest taka biedna, taka samotna, taka... - nieznajoma uśmiechnęła się. - Wiesz jak się nazywam? Nazywam się... nazywam się... Księżna. Księżna. Po prostu Księżna. Ładnie?
Kotka spróbowała odejść, ale nieznajoma przytrzymała ją za skórę.
- Śnieżynki. Widzisz je? One... one żyją.
Kamienica. Sąsiedzi. Drzwi. Wycieraczka. Mrok. Ciemność, ale nie chłód. Ciepło. Pomarańcz. Migdały. Zapach. Świeży krem z liści miłorzębu. Jabłka. Dużo jabłek. Obietnica. Och... ta okropna obietnica. Obietnica. Obietnica. Obietnica. Przeszłość. To wszystko już przeszłość.
Naprawdę?
Tak, naprawdę. Naprawdę. Naprawdę. Naprawdę.
Kotka podniosła główkę i spojrzała na Księżną. Jej włosy zaplecione w grube warkocze obsypał śnieg.
- Dlaczego nie odpowiadasz? - zapytała. - Nie słyszysz? Może po prostu nie słyszysz?
- Kim jesteś? - zapytała Kotka.
Księżna uśmiechnęła się i wyjęła z kieszeni zielone, podłużne pudełeczko. Dopiero teraz Kotka zauważyła czarne znaki namalowane na jej paznokciach. Takie malunki mają tylko bóstwa. Tylko bóstwa. Kotka pokręciła główką.
- Piękny głos, piękny głos. Jak uderzanie kropli rosy o lodową krę. Cichy, nie wiele używany. Piękny głos. Podoba mi się.
Księżna otworzyła pudełeczko. Wysypały się z niego żółte klocki z czarnymi punkcikami.
- Domino - plastikowe sztabki zawirowały wokół głowy Księżnej. - Pytałaś kim jestem. Jestem wróżbitką.
- Piękne domino.
- Piękne - klocki opadły na ziemię. - Ono żyje, wiesz?
- Powróżysz?
- Nie. Nie można - Księżna się uśmiechnęła. Zgarnęła płytki do pudełka. - Zła chwila. Zły dzień i zła... - wskazała palcem na Kotkę. - Zła pogoda. Tak. To na pewno zła pogoda.
Kotka pokiwała główką. Nic nie zrozumiała.
- Zła pogoda... - szepnęła Księżna. - No tak... Co obserwujesz? Co widzisz? Tam, chodzi mi o to - tam daleko.
- Gruzy. Tylko gruzy.
- Lubisz je. Od razu widać.
- Gruzy. Gruzy. Gruzy. Nie można ich lubić - Kotka wstała i ruszyła w dół.
- Nie! - Księżna wyciągnęła rękę by ją powstrzymać.
Kotka odwróciła główkę i krzyknęła:
- Wróże, czarodzieje, magowie, wiedźmy i czarownice! Wszyscy jesteście TACY SAMI!
- To znaczy jacy? Nie rozumiem o co ci chodzi! - Księżna próbowała przekrzyczeć wiatr.
- Wszyscy jesteście kłamcami!!!
Śnieg zawirował. Wiatr porwał ciemne warkocze Księżnej. Słowa Kotki bardzo ją zabolały. Bardzo. Bardzo. Bardzo. Obietnica. Czarodzieje nie dotrzymują obietnic. Wszyscy to wiedzą. Wszyscy to wiedzą, ale nikt nie chce się przyznać. Tak. Właśnie tak. Ale dlaczego?
Kotka zbiegła po wzgórzu. Wiatr popychał ją w stronę gruzowiska.
Księżna spojrzała na pudełko z dominem. Wstała z ziemi.
- A bóstwa? - szepnęła. - Bóstwa też są kłamcami, sssłodka Koteczko?
Sssłodka koteczka usłyszała głos Księżnej. Odwróciła się i prychnęła. - Bóstwa to kłamstwa nędznych czarodziejów!
- Mów co chcesz! W przyszłości będziesz żałować!
Kotka nie słuchała.
Ona nic nie wie. Ona nic nie wie, prawda? Mówi tak, ponieważ nic, zupełnie nic nie RO-ZU-MIE!
Jest głupia. Głupia Księżna. Powołałaś się na kłamstwa, a ona cię przyszpiliła. Bóstwa. Też coś. W tym śnie bóstwa nie istnieją. Dlaczego? Bo nikt nie chce wierzyć.
Bóstwa - słodkie kwiatuszki, miękkie jabłuszka, cudowne makóweczki. Zjedz je, a poczujesz co to znaczy mieć niebo pod ręką.
To są właśnie bóstwa. Bóstwa wspaniałe, czyste, nienaruszone. Czy Księżna jest bóstwem? Całkiem możliwe. Całkiem możliwe.
Kotka obserwowała gruzy. Kwiaty. Cudowne kwiaty. Dlaczego tu wyrosły? Dlaczego na tym brzydkim, nikomu niepotrzebnym śmietniku? Dlaczego?
Ponieważ to nie są zwykłe kwiaty. One ochraniają. Zniewalają, tworzą iluzję i... och nie, nie, wcale nie robią nic złego. One po prostu czekają. Na kogo? Nie wiedzą. Nie wie tego nikt. Nikt, nikt, nikt, nikt.
Nie ma tu dla ciebie miejsca, kochanie. Nie dziś i nie jutro. On nie wróci. Co go zabrało? Nie wiesz. I nigdy się nie dowiesz. Wczoraj był, a potem... potem... potem... potem... Czy to ważne, co było potem S-S-S-Ł-O-D-K-A K-O-T-E-C-Z-K-O? nie. To wcale nie jest ważne.
Kotka westchnęła. Dziwne myśli nie dawały jej spokoju. Pamiętasz? Czy jeszcze pamiętasz? Nie. Nic nie wiem i nic nie pamiętam.
Pamiętasz i wiesz. Myśli przemykają. Ciemny strumyk wśród skał. Ciepła dłoń. Mydlane bańki. Pękają. Pryskają. Nie ma. Nic nie ma.
Mówił dziwne słowa, których nie rozumiałaś, prawda? Dałaś się zwieść, dałaś się porwać, dałaś się oszukać. Zrobiłaś to dla niego. Chciałaś wykorzystać blask czarnego księżyca. Nie udało się. Kotka pozostała Kotką. Ale on ci obiecał. Obiecał, że przywrócił ci dawną postać. Mówił, że to takie łatwe, takie banalne i proste. Czekałaś. Przychodziłaś i płaciłaś. Płakałaś i drapałaś pazurami w drzwi. Kocie uszy. Kocia sierść. Kocie wąsy. Koci nos. Kocie zęby. Kocie łapy i koci grzbiet. To ty.
Czarne pióro spłynęło na ziemię. Wyglądało jak płatek śniegu. Taki śmieszny, brzydki płatek, który potrafi wlecieć do nosa i uszczypać jak wredny skorek. Jak robak. Otóż to. Edwin też jest robakiem. I masz ochotę go zdeptać. Cha, cha, cha...
Zdeptać głupiego skorka, który zniszczył ci życie.
O matko, o czym ja właściwie myślę?
Zdeptać, zdeptać, zdeptać! Cha! Cha! Cha! Właśnie tak! Zdeptać, zdeptać, zdeptać, zdeptać! ZDEEEPTAAAĆ!
Ja realnie nie wyrabiam. No po prostu nie wyrabiam.
Kotka potrząsnęła główką. Złe myśli pozostały.
Ucieka z ciebie świeżość. Jak... jak... jak woda z konewki! Otóż to - jak woda z wielkiej, dziurawej konewki.
Co powiesz?
Aha.
Nic nie możesz na to poradzić.
Trudno. Twoja sprawa. Ja się nie mieszam.
Do widzenia.
***
DOMINO. Czarodziejskie domino. Wszyscy je lubimy. Wszyscy lubimy ptaki. Czarne ptaki i ich czarne pióra i ich czarne oczy. Sługi bóstwa.
Bóstwo miało dziwne ręce. Takie miękkie i cudowne. Wszyscy lubili takie ręce.
***
- Twoja słodka koteczka zdycha z samotności - powiedziała Księżna.
Szary korytarz. Ogromny, długi szary korytarz.
Księżna stanęła naprzeciwko szarej postaci skulonej pod ścianą. Zapach sosny, uschniętego bzu i popękanych jabłek.
- Twoja sssłodka... - Księżna się uśmiechnęła. Uwielbiała rozkoszować się tym słowem. Słodka. Sssłodka. Zupełnie, realnie słodka. Cud słodkości. Cud.
- Próbowałam, namawiałam, zachęcałam - Księżna rozłożyła ręce. Jej szata zafalowała. Coraz więcej zapachu. Coraz więcej dziwnego aromatu.
- I co? - odezwał się swym szarym głosem Edwin.
- Nie dała się. Twarda sztuka. Dziwna sztuka. Magiczna sztuczka. Jak to zrobiłeś?
- Pstryknąłem palcami, ale nikt tego nie zauważył. Obiecałem jej, że zrobię to drugi raz i wtedy przywrócę jej dawną postać. Byłaś pierwsza i... - Edwin uśmiechnął się swym szarym uśmiechem. - ...bardzo się z tego cieszę.
- Kłamiesz. Przecież widzę.
- Twój obcas.
- Och... Rzeczywiście. Złamał się, gdy schodziłam ze wzgórza.
Księżna obejrzała swój brązowy kozak umazany błotem. Sztywny, brudny, twardy but. Pachniał solą i zmęczoną ziemią.
- Mogę dotknąć?
Księżna postawiła stopę na podłodze i podciągnęła suknię. Edwin położył dłoń na bucie. Pod grubym materiałem, pod klamerkami i sznurówkami wyczuł ciepło jej skóry.
- Coś pięknego - szepnął. - Naprawdę. - But poszarzał, Księżna cofnęła stopę.
- Więzień zamienia się we władcę? - zapytała. - Niebezpieczna gra. Niebezpieczna gra, kochanie.
- Nie mam nic do stracenia - Edwin po raz kolejny uśmiechnął się swoim szarym uśmiechem. Spojrzał na swoją szarą dłoń. Na skórze wciąż pozostawał ślad ciepła. Wrząca stopa Księżnej. Była krucha jak wafelek i słodziutka jak miód. Edwin lubi wafelki, lubi też gęsty, lepki, złoty miód.
- Nie za szybko, nie za szybko - Księżna się roześmiała. - Mój pojazd jeszcze nie ruszył.
- A co ja mam powiedzieć? Uwięziłaś mnie jak kanarka w klatce. Dlaczego? Teraz chcesz mnie torturować?
- Nie - Księżna poprawiła suknię. Jej biała twarz była martwa. Oczy przestały świecić. Zapach zmienił się na słodko-kwaśny. Pomidory, brzoskwinie, zeszłoroczna dynia.
- Chcę cię zabić - szepnęła Księżna.
- Nie możesz. Jesteś moją siostrą.
- Nazywasz mnie tak, ponieważ jestem twoją koleżanką po fachu. Nie nadużywaj poważnych słów. One do ciebie nie pasują. - Księżna nałożyła na ręce zielone rękawiczki.
- Chcę cię ukarać i pokazać jak wiele zła uczyniłeś. Hmmm... Jak wiele stworzyłeś takich... hmmm... słodkich kociaczków?
- Nie rozumiem o co ci chodzi.
- Nie udawaj durnia. Jesteś kiepskim aktorem. A szkoda. Mogłaby być zabawa - Księżna chwyciła Edwina za rękę i pociągnęła do góry. - No wstawaj. Pójdziemy do ogrodu. Obejrzysz sobie ładne kwiatki, a ja dowiem się wielu ciekawych rzeczy o twoim podłym, zasmarkanym życiu.
Rękawiczka Księżnej poszarzała. Edwin się uśmiechnął. Jego dłoń chłonęła ciepło z dłoni wróżki. Pomidory, brzoskwinie, połamane patyki. Pod cienkim materiałem rękawiczki żyła ciepła skóra Księżnej. Jej fioletowe żyły i jej różowa gęsta krew. Edwin poczuł jak bije czyste serce. Kryształowa róża drgnęła. Rośnie czy usycha? Edwin nie widział. Obecnie liczyła się dla niego tylko i wyłącznie Księżna. Intrygował go jej zapach, jej smak i jej ciepło. To niezwykłe ciepło, które kaleczyło go niczym niewidzialne odłamki szkła. Cudowne uczucie.
- Chodź.
Edwin ruszył na przód, za Księżną. Bolała go szara głowa i szare plecy. Szare włosy opadły na szare ramiona. Księżna zatrzymała się na chwilę i spojrzała mu w oczy.
- Ludzie mówią, że twoje serce jest czarną dziurą, a w żyłach nie ma krwi. Słyszałam nawet, że twoje oczy to bezkresne wąwozy, na których dnie... na których dnie..
- Starczy - Edwin zacisnął dłoń na kruchej rączce Księżnej, jakby chciał wycisnąć z niej jeszcze więcej ciepła. Wróżka przymknęła oczy.
- Boli?
Rękawiczka stała się jeszcze bardziej szara. Księżna milczała.
- Pytałem czy boli.
- Chodźmy już. Ogród czeka.
- Czeka? Ale na co?
Księżna się roześmiała. - Jesteś czarodziejem, ale musisz się jeszcze wiele nauczyć.
Ruszyli w jaśniejszą stronę korytarza. Księżna utykała. Brak obcasa. Obcasa, który miał kolor. Soczysty, zielony. Obcas leży gdzieś daleko na wzgórzu. Jest zielony. Jak najbardziej. Połyskuje wśród traw i śniegu.
Księżna spogląda na rękawiczkę. Wciąż była szara. Co by się stało, gdyby dotknęła go gołą ręką? Czy jej dłoń stałaby się szara? Całkiem możliwe. Całkiem możliwe.
- Zawsze taki jesteś? - zapytała.
Edwin uśmiechnął się. Szary uśmiech. Szary płaszcz, szare włosy i szare ręce. Szara rękawiczka i szary kozak. Ich kolory już nigdy nie powrócą. Gdzie one są? Nasycają głodną, kryształową różę. Róża chce jeść. Ciągle jej mało. Róża się uśmiecha. Zielony. Ten kolor połaskotał ją w podniebienie. To za mało. To za mało. Róża chce więcej.
Różowe światło na końcu korytarza stawało się coraz bardziej wyraźne. Edwin zmrużył oczy. Jego szara skóra poczuła miękkie igiełki zimna i gorąca. Brak powietrza i zapach cytryny.
Korytarz się skończył. Księżna i Edwin znajdowali się teraz w wielkim ogrodzie. Rosły tu setki różowych kwiatuszków. Ich zapach zniewalał. Przesłodzony aromat zatykał nos. Płatki wirowały w powietrzu. Obsypywały warkocze Księżnej i jej zieloną suknię.
Edwin złapał jeden z płatków. Kolor znikł prawie natychmiast. Róża się oblizała jej apetyt urósł.
- Co zamierzasz? - zapytał czarodziej. - Po co mnie tu przyprowadziłaś?
Księżna nie słuchała. Wyjęła swoje magiczne pudełeczko i wysypała zawartość. Jej oczy zapłonęły. Domino rozsypało się na ziemi.
Jeden, dwa, cztery, sześć. Dużo, dużo liczb. Edwin ich nie rozumiał. Jeden, dwa, sześć, trzy, dwa. Domino spadało - w zwolnionym tempie.
- Zawsze jesteś taki sam? - zapytała Księżna. - Nigdy się nie powstrzymujesz? Nigdy nie myślisz, że w ten sposób sprawiasz komuś ból?
- Nie. Nigdy - Edwin się uśmiechnął. Szary płatek spłynął z jego dłoni.
- Domino mówi co innego - Księżna podniosła dłoń. Klocki uniosły się do góry. Sunęły wśród płatków i dziwnego aromatu.
Magia. Magia. Magia. Czysta magia. Była taka dziwna i niedostępna. Taka jak Księżna. Klocki obróciły się wokół swojej osi i wróciły do pudełka.
- Domino mówi, że zawładnęła tobą... śmierć - szepnęła Księżna. - Taka sssłodka, cudowna śmierć. Jesteś jej sługą. Nie zabijasz, tylko sprawiasz ból. Co ci to daje?
- Radość.
Księżna strzepnęła płatki z fałdy sukni. - Domino mówi inaczej. Domino mówi, że twoja dusza to miłość, śmierć i cierpienie zmieszane ze sobą w pyszny koktajl, a więc... ty naprawdę je kochasz.
- Kochałem.
- I chcesz ciągle więcej i więcej.
- O co ci chodzi?
Księżna poprawiła ciężkie warkocze spływające jej na twarz. - Muszę cię poznać - powiedziała. - Muszę wiedzieć jak cię pokonać.
- To niemożliwe - Edwin się uśmiechnął.
Węże, węże, węże. Ich cudowny, leśny zapach i cudowny, brązowy kolor.
Warkocze połyskiwały. Były grube i śliskie. Edwin chciał ich dotknąć. Róża zaczęła wbijać swe kolce. Po kolei. Pomału. Dziurawiła jego duszę. Dotknąć. To twoje jedyne pragnienie. Dotknąć. Dotknąć. Poczuć miękkość, poczuć kolor, który znika. Dotknąć. A potem? Fala bólu i rozpaczy.
Edwin nie chciał umierać. Edwin nie chciał walczyć. Edwin chciał tylko czerpać kolory. Tak jak dawniej. Kolory, które przynosiły mu cierpienie i radość.
Edwin wyciągnął rękę. Jego palce były blisko. Poczuły ciepło splecionych włosów. Poczuły wrzątek i zapach prawdy.
- Tylko spróbuj - szepnęła Księżna.
- Dlaczego?
- To są tortury. Prędzej czy później ulegniesz, a wtedy..
- Skąd wiesz, kochanie? Nie bądź taka pewna. Znałem wielu ludzi, którzy nieźle przejechali się na swojej pewności.
- Sssłodkie koteczki - Księżna spojrzała na szarą rękawiczkę. Ten kolor ją intrygował. Dlaczego? Ponieważ udało się jej dostrzec w nim głębię. Cudowną głębię. Cudowną.
- Nienawidzę ich.
- I to jest twoja słabość.
- Moją słabością jesteś ty.
Księżna pstryknęła palcami. - Brawo, brawo - uśmiechnęła się. - Tylko ułatwiasz mi pracę. Mamusia cię nie nauczyła, że przed wrogiem nie pokazuje się swoich brzydkich słabości?
Edwin podszedł do Księżnej. Poczuł jej ciepło i zapcha. Jej słodkość, czystość i magię.
- Mamusia nauczyła mnie, żebym zdobywał to, co mi się podoba. Reszta mnie nie obchodzi.
Dotknął jej warkoczy. Poczuł żar włosów i czysty, nieskażony kolor. Przez chwilę widział wszystkie wydarzenia ostatnich dni.
Zima. Sypał się śnieg. Pamiętasz? Pamiętam. Myślałeś, że płatki nie mają koloru. Pomyliłeś się. Chciałeś to sprawdzić, ale one roztopiły się na twoich dłoniach. Uciekałeś, bo czułeś, że ktoś cię śledzi.
Edwin nie rozumiał. Słowa stały się takie dziwne. Takie słodziutkie i śmieszne. Rozmazywały się w jedną, wielką plamę.
Śmiech. Śmiech słońca. Wyblakła róża. Spadła na stół. Brązowe płatki. Uschnięte roślinki. Marne zabaweczki. Miłość i brud to twoje przeznaczenie. Zapamiętaj.
Co tam jeszcze było? Aha. Domino. Tysiące żółtych klocuszków. Miliardy. Jak gwiazdy na niebie. Niebieskie, złote, różowe. To kwiaty. To kwiaty. To na pewno kwiaty. To kwiaty. Tylko kwiatyyyyy...
Edwin stracił przytomność. Upadł na trawę pokrytą płatkami. W ustach wciąż czuł smak grubych warkoczy. Ich kolor i blask. Jak złoto. Realne złoto.
Miękki bucik. Pamiętasz? Miękki bucik bez obcasa. Miękka stópka i miękka, ciepła nóżka. Księżna. Mała, słodka Księżna. Czekasz na nią wciąż czekasz i... pogrążasz się we śnie. Coraz głębiej i głębiej. Coraz głębiej i głębiej. Głębiej i głębiej. Głębiej i głębiej...
***
Panienka ubrana była w różowy płaszczyk. Gdy wychodziła z domu dopięła wszystkie guziczki i zawiązała na szyi żółty, wełniany szal. Oczy panienki były niebieskie. Świeciły jak latarnie. Jasne włosy pachniały wiosną. Panienka założyła na główkę słomkowy kapelusik z czerwoną wstążką. Takie przywitanie z jesienią i zimą. Ostatni pocałunek dla uciekającego lata.
Na dworze było chłodno i ciemno. Drzewa gubiły liście, trawa brązowiała. Wiatr rwał wstążkę, płaszcz i włosy.
Panienka zaczęła biec. Wyminęła kilku przechodniów. Zakręciła za szarym sklepem (szarym? ciekawe dlaczego... ciekawe dlaczego, prawda?). Jej cudowne miejsce, jej cudowne wzgórze było już blisko. Parę kroków i jesteś po za miastem. Parę kroków i jesteś w innym świecie. Witaj.
Panienka przeskoczyła przez czarny rów wypełniony błotem. Jej kolorowe buciki wybrudziły się.
Spojrzała za siebie. Miasto było już daleko. Przed nią rozciągała się wieczna łąka. Miejsce, gdzie przychodziła TYLKO ONA. Jeszcze tylko brzydki, obszarpany płot i będę w raju - pomyślała.
Przełożyła przez ogrodzenie jedną nogę. Wiatr zawiał i panienka się zachwiała. Podmuch porwał słomkowy kapelusik.
- NIE! - krzyknęła. Wyciągnęła ręce przed siebie. Było już za późno. Kapelusik szybował jak wielki ptak. Czerwone pióra sypały się z jego wielkich skrzydeł.
- Nie! - panienka się przechyliła. Płot runął razem z nią. - O... och...? - panienka usłyszała czyjś śmiech. Ktoś dotknął jej twarzy. Kiedy podniosła głowę i rozejrzała się dookoła, nikogo nie zobaczyła. Przez kilka minut leżała na ziemi, zatopiona w trawie i błocie. Małe przestraszone stworzonko. Małe przestraszone stworzonko. Tak. Dlaczego nikt nie chce mu pomóc?
Panienka wstała. Z lewej ręki sączyła się dziwna ciecz. Krew? Całkiem możliwe, że krew ma kolor szary. Panienka wrzasnęła. W jej oczach zabłysnęły łzy.
To miało być pożegnanie z latem. Cudowne pożegnanie. Miałaś wrócić za chwilę. Za chwilę. Potem miał być sklep, ciepła kąpiel i dobranoc. Dlaczego wszystko ułożyło się inaczej? Może lato wcale nie chce się żegnać? Może lato zbyt bardzo cię pokochało? Może nie chce cię opuszczać?
Dopiero teraz panienka poczuła jak bardzo piecze ją lewy bok. Płaszczyk umazany był szarą krwią.
Panienka zapragnęła wrócić do domu i o wszystkim zapomnieć. Pobiegłaby do swojego pokoju. Chwyciłaby poduszkę i wypłakałaby się. A potem... A potem?
A potem byłoby wszystko dobrze - pomyślała. No nie wiem. Ciepłe kakao, bułeczka z pieczonym jabłkiem. O tak. Jak ja bardzo tęsknię. Ale dlaczego?
Panienka cała obolała i brudna otrzepała płaszczyk. Przestąpiła przez przewrócony płot.
O tak. Teraz będzie wszystko dobrze, prawda?
Prawda.
Nie. Wcale nie P-R-A-W-D-A.
Panienka już miała ruszyć, gdy nagle poczuła na ramieniu czyjś, dziwny dotyk. Odwróciła się. To tylko uschnięty liść opadł na jej płaszczyk. Panienka spojrzała na ciemniejące niebo. Wiatr wciąż unosił jej kapelusik. Ruszyła w jego stronę jak zahipnotyzowana. Zapomniała o bólu, o szarej krwi i ciepłej krwi. Kapelusik. Muszę go odzyskać. Mój kapelusik. Mój kapelusik. Mój kochany kapelusik.
Panienka nie pamiętała w jaki sposób znalazła się w lesie. Nie wiedziała, kiedy zasnęła i nie wiedziała, czemu cały świat tak szybko poszarzał.
Głos może być niski, albo wysoki. Może być cichy lub głośny. Można słuchać go z przyjemnością, ale można go też nienawidzić. Głos, który obudził panienkę był szary. Po prostu szary.
- Szukałaś go, prawda?
Panienka otworzyła oczy. Przez powykrzywiane gałęzie drzew przeświecał księżyc. Niebo było czarne. Gwiazdy migały wśród chmur.
Panienka leżała skulona wśród liści i zaschniętego błota. Bolały ją ręce, biodro i głowa. Smród zeschniętej krwi mieszał się z czystością leśnego powietrza. Panienka ziewnęła.
- Szukałaś - szepnęła szara postać ukryta wśród drzew. Podeszła do panienki. Wyciągnęła rękę ze słomkowym kapeluszem.
Panienka przetarła oczy. - A wstążka? - zapytała.
Nieznajomy odchylił poły szarego płaszcza i wyjął z małej kieszonki długą wstążkę. Była szara.
Panienka spróbowała wstać. Poczuła okropny ból. Jej głowa miała ochotę pęknąć. Poruszyła nogą. Z jej ust zaczęła wylewać się szara krew.
- Szara? - zapytał nieznajomy. - Jak masz na imię słodziutki koteczku?
- Eeee... - panienka spuściła głowę. Jej kark był zmęczony i obolały. Co się ze mną stało? Co to wszystko znaczy? Czy ktoś może mi wyjaśnić? Proszę... Proszę... Proszę... Proszę...
- Czerwona - szepnęła panienka. - Była czerwona.
- Czerwona?
- Czerwona.
- Smaczny kolor. Moja... - nieznajomy wyciągnął rękę. Chciał pomóc. Naprawdę chciał. - No dalej. Wstawaj.
Panienka już chciała chwycić za szarą dłoń, ale przeszkodził jej w tym kot. Zwierzę przeskoczyło nad nią. Porwało wstążkę.
Pocałunek. To miał być ostatni pocałunek dla lata. A teraz? Teraz nie ma już nic. I nic nie będzie. Dlaczego? Bo panienka nie chce. O nie. Panienka nic już nie chce.
- Imię. Pytałem o imię.
- Isi.
- Tak się nazywasz?
Panienka pokiwała główką.
- Bo ja jestem... jestem... Edwin.
Niebieski kot wyjrzał zza ciemnych pnączy i krzewów. Nieznajomy tupnął na zwierzę. Kot znikł.
- Głupia kocica! Tak! Głupia! - nieznajomy zaśmiał się. W rękach wciąż trzymał słomkowy kapelusik. Taki lekki, ciepły śmieć. Żal wyrzucać. Naprawdę żal.
- O czym to my... - nieznajomy ukucnął przy panience. Przyjrzał się jej twarzy. Napuchnięte oczy były zamknięte. Szare policzki umazane krwią. A może krew umazana szarymi policzkami?
Wszystko się miesza. Wszystko się gubi. Wszystko staje się takie bezsensowne, prawda?
Panienka tak ładnie wyglądała. Jej ciepły oddech, jej białe rączki i różowe paznokcie. Jej czyste, słodkie usta. Jej fioletowe powieki. Włosy sklejone błotem i krwią. Spocone czoło. Och... To wszystko było takie piękne, prawda? Nie mogłeś się opanować. Nie mogłeś patrzeć jak ona tu umiera. Sama. Zupełnie sama.
Umiera? Ale dlaczego? Przecież tylko spadła z płotu. Skaleczyła się? Całkiem możliwe, ale przecież od tego się nie umiera.
Och... Ale tak długo spała na chłodzie. Jej delikatna skórka nie jest do tego przyzwyczajona, przecież wiesz. Przeziębiła się. Ma gorączkę. Och... Tak cudownie wygląda, gdy trzęsie się z zimna. Zabierz ją. Zabierz ja do siebie (czyli gdzie?).
Isi, tak? Właśnie tak. Tak się nazywa. Isi. Piękne, dziwne imię. Nie takie jak twoje.
Nie takie.
I te ręce. Te cudowne ręce. Nie takie jak twoje.
O nie. Nie takie.
I oczy. Nawet, gdy były zamknięte - świeciły. Nie tak jak twoje.
Nie. Niestety nie.
Edwin założył szare rękawiczki.
Wtedy róża była jeszcze małym pączkiem. Nie potrzebowała tak dużo... nie potrzebowała żywych kolorów.
Nieprawda. To wszystko kłamstwo. Róża chciała jeść. Róża chciała pożerać. Och... Róża chciała czuć ciepło i wszystkie kolory.
A ty? Dzięki róży żyjesz. To pewne. Kolory i niezwykłe ciepło sprawiają, że w twoich pustych żyłach coś zaczyna płynąć. Co? Krew, truskawkowy koktajl, błoto albo zgniła woda. Wszystko jedno. Ważne jest, że chcesz coraz więcej i więcej. Twoja głowa wybuchnie, a ty nawet tego nie zauważysz.
Edwin podciągnął Isi za powykręcane ręce i uniósł ją do góry. Jej świeże, trochę przybrudzone kolory szeptały do niego magiczne słowa. Prosimy cię, weź nas, prosimy, weź. Jesteś naszą jedyną szansą, prosimy, chcemy się wydostać.
- Później - powiedział Edwin. Zaczął iść przez ciemny las. Isi ważyła bardzo mało. Właściwie to w ogóle nie ważyła. Tylko jej kolory. Tylko kolory. One nadawały wagę, wzrost i wygląd twarzy. Reszta się nie liczyła.
- Słodki deserek - powiedział Edwin. - Coś pięknego. Coś pięknego.
***
Coś pięknego...
Edwin otworzył oczy. Bolała go szara głowa, szare oczy piekły, ręce i nogi nie chciały się poruszać. Płaszcz rozsypał się na podłodze.
Edwin chciał znowu zamknąć oczy. Chciał zatopić się we śnie, w swojej pięknej przeszłości (bo ona, tylko ona jest piękna, prawda?). Nie mógł.
Znowu był w szarym korytarzu. Róża płakała. Tak długo nie dostawała pokarmu. Edwin też płakał. Szare ściany, podłoga i sufit. Wszystkie było tu takie nudne.
Brakowało kolorów. Wystarczyłby nawet jakiś mały, różowy kwiatuszek. Chociaż nie - byłby jak głupi cukierek. Tylko pobudziłby twój apetyt. Ale to co. Ale to co, prawda? Chcesz po prostu przez ułamek sekundy czuć ciepło. Niezwykłe ciepło koloru.
- Coś pięknego. Powiedziałeś "coś pięknego" - Edwin usłyszał głos Księżnej. Spojrzał w górę. Wróżka stała przed nim. Teraz miała na sobie jaskrawą, różową suknię uszytą z płatków kwiatów. Przyozdobiona była licznymi wstążeczkami i koralikami.
Warkocze Księżnej były szare.
Edwin się uśmiechnął. Zauważył, że wróżka ma nowe buty. Żółte. Zapięte na czerwone klamerki.
Chciał ich dotknąć. Chciał wyciągnąć szarą rękę i położyć palce na grubym materiale.
Żółty i czerwony. Żółty i czerwony. Był tak blisko. Był tak blisko, ale ty i tak nie mogłeś go dotknąć. Dlaczego? Nie wiedziałeś.
- Intrygująca przeszłość - powiedziała Księżna. - Naprawdę intrygująca. Nie ciężko ci z tym żyć?
- C-co ty mi zrobiłaś?
- To nie ja - Księżna się uśmiechnęła. - To tylko kwiaty. Zaraziły twój wyprany mózg i sprawiły, że mogę decydować, jakie będą twoje sny. Oprócz tego widzę wszystkie twe marzenia i myśli.
- Chcesz żebym zwariował.
- Tak, ale najpierw chcę dowiedzieć się o tobie wszystkiego. To będzie trudne, wiem, ale... sam przyznaj - wiele udało mi się odkryć. A po za tym... twoja przeszłość mnie podnieca.
Księżna roześmiała się. Edwin przez chwilę pomyślał, że wróżka jest wariatką. Jej oczy zaczęły dziwnie płonąć, twarz zbladła, usta wyschły.
Księżna założyła szare rękawiczki. Zbliżyła się do Edwina i dotknęła jego szarego policzka. Czarodziej poczuł ślad ciepła. Jej dłoń była tak blisko, ale szarość... och ta obrzydliwa szarość... sprawiała mu tyle bólu, że nie miał siły cieszyć się z tej odrobinki ciepła. Zapamiętał tylko krew, która dudniła w żyłach Księżnej i cienką skórę. Smakowała jak pergamin. Pachniała rumiankami. Odrobina raju.
- Bolało? - zapytała Księżna. - Nie chcę zrobić ci nic złego. To tylko takie eksperymenty. Muszę wiedzieć jak z tobą walczyć - Księżna poprawiła swe szare warkocze. Postarzały ją. Jaka szkoda. - Nie myśl, że chcę się zemścić, chociaż... wiesz... to było bardzo nieprzyjemne...
Zapach róży. Edwin był zmęczony. Edwin czuł okropny ból.
Księżna wszystko to wiedziała. Czuła smród jego szarych myśli.
- Proszę... nie rób mi krzywdy... Zabierz mnie stąd... Nie masz prawa tak się nade mną znęcać... Te ściany... Ja już nie mogę...
- ...wytrzymać? - Księżna klasnęła w dłonie. - Szarość sprawia ci ból, prawda? Czyż to nie wspaniałe? Zabiję cię tym kolorem. Poczujesz wszystkie jego odcienie. Zobaczysz, jakie to będzie przyjemne. - Księżna wyciągnęła dłoń. Chciała dotknąć szarego policzka po raz drugi, ale Edwin był pierwszy. Poderwał się z ziemi i chwycił za falbany sukni. Poczuł jak czysta energia wlewa się do jego mózgu.
Wrzątek. Och... Jest taki wspaniały. Rozsadzał ci głowę, tonąłeś w nim jak mały listek, który przez przypadek wpadł do rwącego strumienia. Obijałeś się o kamienie. To nie bolało. Przecież wiesz. To... to było piękne. Przecież wiesz. Przecież wiesz.
Księżna wrzasnęła. Jej suknia stała się szara.
- Jak to możliwe?! Przecież widziałam! Widziałam twoje myśli! Byłeś słaby! Jak to możliwe...?!
- Pozory mylą, kochanie - Edwin złapał Księżną za ręce i zerwał z nich szare rękawiczki.
- To bolało idiotko! Masz nigdy tak nie robić! Rozumiesz? Nigdy! Nigdy! Nigdy! A teraz... - Edwin oderwał jedną wstążkę od sukni i związał Księżnej ręce z tyłu. Kolor znikł z jej rąk. Czerwona krew płynąca w żyłach zmieniła się w szarą breję.
- Pod ścianę i się nie ruszaj!
Księżna wykonała polecenie. Zaczęła się trząść. Z jej oczu polały się łzy.
Edwin otrzepał płaszcz. Pomasował szary policzek.
- D-domino powiedziało, że... że nic mi nie zrobisz... - szepnęła Księżna.
- Twoje domino jest głupie, tak samo jak ty. Jestem czarodziejem! Jestem potęgą! A ty? Ty śmieszny śmieciu - myślałaś, że mnie pokonasz? Wzruszające. Naprawdę wzruszające. A teraz się ruszaj, dobrze? I nic nie mów, chyba, że chcesz pozbyć się tego słodkiego różu z policzków. Chcesz?
- N... nie - cała duma i wyniosłość Księżnej znikła. Wróżka stała się śmieciem.
Edwin ukląkł i położył ręce na żółtych bucikach Księżnej. Przymknął oczy. Róża zaczęła się śmiać. Słyszysz? Słyszysz jak głośno? Nie. Nie słyszysz. Dlaczego?
Buciki stały się szare. Klamerki też. Co dalej? Edwin obejrzał Księżną. Szare warkocze, biała twarz, ciemne oczy, białe usta, różowa szyja, szara suknia, szare buty.
Edwin zachowywał się jak głupi osiołek, który nie może się zdecydować - sianko czy owies? Ojej. Nie wiem.
Panienki. Piękne panienki. Kochasz je wszystkie. Chcesz połknąć. Chcesz zniszczyć i zatopić się w ich słodziutkiej krwi.
- Ze mną będzie tak samo? - zapytała Księżna.
- Tak samo. Ze wszystkimi jest tak samo.
Słodka krew. Słodka krew. Jest taka piękna. Ale niestety - jest taka nieuchwytna. Przelatuje ci przez palce. Nie możesz jej zatrzymać. Jaka szkoda.
- Nie. Nie rób mi tego. Proszę... Nie rób. Rozwiąż... proszę...
- Ja też cię prosiłem, ale ty nie słuchałaś.
- Proszę... Tylko nie twarz... Tylko nie twarz...
Edwin podrapał się po głowie. Osiołek nie wie, co wybrać. Co wybrać?
- Odwróć się.
Księżna wykonała polecenie.
- Ładnie, bardzo ładnie - Edwin rozwiązał wstążkę. Wróżka rozmasowała nadgarstki.
- O co ci chodzi? - zapytała.
- No przecież prosiłaś. A teraz powiedz mi gdzie jest wyjście, dobrze?
- Z tego miejsca się nie wychodzi! - Księżna wyjęła pudełko z dominem i rzuciła nim w Edwina. Zaczęła biec przez korytarz. Potknęła się. Upadła. Szary obcas. Złamał się.
- Dlaczego chcesz walczyć? - zapytał Edwin. - Nie możemy być przyjaciółmi?
Księżna rozmasowała kostkę.
- Zwichnięta? - Edwin podszedł do wróżki i wyciągnął rękę. - No chodź. Pomogę ci.
- Nie! - Księżna splunęła na jego dłoń.
- Dlaczego jesteś taka uparta? - Edwin wytarł rękę. - Przecież przegrałaś, a może twoje domino twierdzi inaczej? Naprawdę nie chcesz się pogodzić?
Edwin zaczął bawić się szarymi guzikami płaszcza.
- Chcę cię zabić - szepnęła Księżna.
Edwin się roześmiał. - Te dziwne słowa do ciebie nie pasują. Mogę pstryknąć palcami, a twoje gardziołko zawiąże się na supełek, wiesz? Przegrałaś. Pamiętasz, gdy mówiłaś coś o odwracaniu ról? Jesteś głupsza niż przypuszczałem.
Rozsypane klocki drgnęły. Uniosły się w górę.
Księżna pstryknęła palcami. - Fajna zabawa. Ile chcesz to jeszcze ciągnąć?
Edwin upadł na posadzkę. Szarość zaczęła drapać go w twarz. Zasnął.
Księżna się roześmiała.
***
Coś pięknego. Coś pięknego. Coś pięknego. To ty. Tylko ty.
Panienka otworzyła oczy. Wszystko było takie jasne. Takie przejrzyste i szare.
Obok panienki leżała szara wstążka i szary kapelusz. Jasne włosy Isi rozsypały się na brudnej podłodze. Jej brudny płaszczyk wygniótł się. Buciki spadły z nóżek.
- Słodka jesteś - szary głos nieznajomego. Panienka wstała z podłogi.
Pomieszczenie, w którym się znajdowała nie było duże. Dookoła ustawione zostały szafy i regały. W rogu pokoju postawiono stół. Kilka krzeseł, szara lampa i szare obrazki. Na podłodze szary dywan.
Nieznajomy siedział na szarym biurku. Machał nogami i gwizdał dziwną melodyjkę.
Panienka poprawiła płaszczyk. Kręciło się jej w głowie. Pokoik był ciasny i duszny.
- Do domu... - szepnęła.
- Jesteś chora. Może chciałabyś zostać? Bo ja bym chciał... - nieznajomy zdjął rękawiczki z szarych dłoni. - Wiesz?
Ciepła kolacja, ciepła kąpiel i ciepła pościel. To wszystko jest teraz tak daleko, prawda?
- Mam na imię Edwin. Bardzo mi... echem... miło.
Panienka się zachwiała.
- Ostrożnie.
Jej wzrok błądził po pokoju. Sama szarość. Nie było nawet okien. Brud, kurz i ciemność. Czy nikt tu nigdy nie sprzątał?
- No podejdź tu, bo cię nie widzę.
Panienka podeszła.
- Zimno ci, prawda? - Edwin położył dłoń na jej kruchym ramieniu.
- E... eche... - panienka pokiwała główką. - I... i... głodna jestem.
- Ja też. Jestem bardzo głodny, ale wiesz... próbowałem, naprawdę próbowałem się najeść... tym - Edwin pokazał dziewczynce szare, nadgryzione jabłko. - Nie smakuje mi. Chcesz?
Panienka wzięła jabłko. Zaczęła jeść.
- Pięknie to wszystko wygląda, wiesz? Widziałem wczoraj twoją krew. Wiesz? Chciałem wyplamić sobie nią rękawy mojego płaszcza, ale... nie udało mi się. Wiesz może dlaczego? Bo ja chyba wiem, ale boję się ci powiedzieć...
- A-a... - panienka ponownie się zachwiała. Edwin przytrzymał ją za ręce. Różowy płaszczyk zmienił barwę na szarą.
- A kim pan w ogóle jest?
- Och... To takie trudne pytanie. Nie marnujmy na nie czasu, dobrze?
- Zaprowadzi mnie pan do domu?
- Nie - Edwin dotknął policzków panienki. Część kolorów z jej twarzy znikła. Jakie to proste, prawda? Zaczniemy od policzków, skończymy na małych paluszkach twoich stóp, dobrze?
Panienka drgnęła. W głowie jej szumiało. Przed oczyma tańczyły krasnoludki.
- O co panu chodzi?
- Jesteś smaczna. Bardzo smaczna - Edwin zatopił zęby w jej kolorach. Poczuł dziecięca świeżość i dziewczęce tchnienie duszy. Kolory przemawiały do niego cudownym językiem. Językiem gestów i szeptów. Dusza Edwina zaczęła napełniać się życiem.
Panienka jęknęła.
Jej ciało wyglądało teraz jak brudna szmata. Edwin się uśmiechnął.
- O co chodzi? - zapytał.
- Ja nie wiem co się ze mną dzieje...
Jabłko wypadło z dłoni. Potoczyło się po szarej podłodze. Panienka obserwowała je kątem oka. Owoc zatrzymał się przy jednym z regałów. Wypełzł z niego duży, czarny robak. Poruszył śliskim łebkiem. Małe szczypczyki na tułowiu poruszały się w takt nieistniejącej melodii.
- To dlatego mi nie smakowało, wiesz? - powiedział Edwin.
Panienka zakrztusiła się. Świat zawirował jej przed oczami. Opadła prosto w objęcia szarego nieznajomego.
- Tak, moja malutka. Wszyscy jesteśmy bezwładnymi listkami. Tak ładnie wirujemy, gdy porywa nas wiatr. Ale nie o to chodzi w tej głupiej gierce. A ty wiesz, o co w tym chodzi?
- Yyy... Nie... - tak miło wdychać jego szarość, prawda? O tak. Twoja twarzyczka zatopiła się w jego szarym płaszczu. Czym pachniał? Szarością? A jakże.
- Ja też nie... Ale... tak właściwie to wiem, tylko boję się tobie powiedzieć.
- Powiedz. To bardzo interesujące, proszę pana.
Panienka straciła resztki zdrowego rozsądku. Ciepła kąpiel, ciepły prysznic, ciepła kolacyjka. To wszystko miało BYĆ. Ale nie BYŁO. Dlaczego? Ponieważ popełniłaś głupi błąd. Taktyczny błąd, jeśli można się tak wyrazić. Wszystko miało być normalne, prawda? Kapelusik. To jego wina. Głupi kapelusik. Nienawidzę kapelusików!
Zza szarej szaty wychyliła główkę żółta kotka. Zamrugała swoimi wielkimi oczami. Nie było w nich blasku. Tylko smutek.
- A może nasza koleżanka kotka odpowie nam na to trudne pytanie, co? - zapytał Edwin. - A sio, głupi kociaku!
Zwierzątko polizało żółtą łapkę i znikło.
- Odpowiedz - szara panienka spojrzała w szare oczy szarego nieznajomego. Zobaczyła jego głód i tęsknotę. Co było w tych oczach? Nikt nie wiedział.
- No więc jeżeli o mnie chodzi, to myślę, że idzie tu tylko i wyłącznie o to... - nachylił się pocałował suche, popękane wargi panienki. Przepłynęła przez niego resztka jej czerwonej krwi i kropla nadziei zmieszana z fałszywą słodyczą.
- Zabawiliśmy się właśnie w małą dziewczynkę żegnającą swoje ukochane lato - powiedział Edwin. - Tylko kto był kim, prawda?
Edwin trzymał w swych rękach zupełnie bezwładne, zemdlone ciało.
Panienka zemdlała? Całkiem możliwe.
Małe, szare serce wciąż pracowało. Edwin czuł dziwny oddech panienki. Szare wargi drgały. Szare czółko było spocone.
- To minie. To na pewno minie - powiedział Edwin. Ułożył panienkę na szarym dywanie. Na jej brzuchu położył szary kapelusik i szarą wstążkę.
- Śpij sobie tutaj. Tak, nic ci nie grozi. Już nie.
Edwin wyjął z jednej z szuflad biurka szare pudełeczko. Wysypał z niego szare karty i szare płatki kwiatów pachnące jak szare tulipany i szare migdały.
Klątwa czy błogosławieństwo? - Edwin po raz pierwszy zadał sobie to pytanie. Każdy zwykły człowiek powiedziałby, że to pierwsze. Edwin tak nie myślał. Edwin nigdy nie rozumiał zwykłych ludzi, którzy trwali wokół niego jak rozsypany piasek z solą. On był czystym lodem. Ludzie go niszczyli. Głupi sąsiedzi, przechodnie. Czasem zauważali jego cień, czasem oddech.
A on chciał być wszystkim. To takie proste, prawda?
Odzywał się tylko do swoich słodkich panienek i słodkich kotek. One były jego duszą. Były jego kolorami.
Isi przykryta płatkami i kartami westchnęła.
- Spokojnie. Nie musisz się denerwować. Wrócę wieczorem... albo rano. Zresztą tobie chyba i tak wszystko jedno.
Edwin przyjrzał się panience. Wśród kart odnalazł damę trefl. Z kartonika uśmiechała się do niego dziewczyna ubrana w zdobioną perłami i falbanami suknię. Martwy uśmiech. Szary uśmiech. Edwin przedarł kartę na pół. Pierwszą część włożył Isi do rękawa poszarpanego płaszczyka. Drugą zabrał ze sobą.
Taki fajny gest.
Edwin lubił fajne gesty. Były takie proste i tajemnicze. Każdy się w nich gubił. Nawet bóstwa. Edwin o tym wiedział. I dlatego często wykorzystywał "takie fajne gesty". Dlaczego? Bo potem było łatwiej. Było łatwiej oszukiwać. Można było ciągnąć niekończącą się zagrywkę.
Dla pokerzysty przedarta karta nie miała wartości. Dla czarodzieja była duszą.
Edwin obejrzał swoje dzieło. Isi żyła, ale nie tak jak dawniej. Ciepła woda. Ciepła kolacyjka - już nie tęskniła. Ale ból pozostał. Drapał ją w resztkę szarego mózgu.
- Zjadłem cię po kawałeczku, wiesz? - Edwin otworzył szare drzwi. Wyszedł na zewnątrz. Zamknął zamek.
Panienka westchnęła. Z szaf i regałów zaczęły wychodzić koty. Niebieskie, żółte, różowe, czerwone, fioletowe, zielone. Podeszły do Isi. Zaczęły lizać jej szare ręce i twarz. Niebieska kotka, która widziała panienkę w lesie położyła się przy jej zimnych stopach.
Szare skarpetki, szary kapelusz i wstążka. Coś pięknego.
***
- Powiedziałeś "coś pięknego" - Księżna obróciła w dłoniach połówkę udartej karty. Z obrazka uśmiechała się blada panienka. Jej oczy były puste. Dziwna suknia opinała jej kościste ciało. W jednej ręce dziewczyna trzymała maskę demona. Okrutny uśmiech wykrzywiał jej ostre rysy. Dama trefl. Nietypowa dama trefl. Dama trefl, której nie spotkasz na ulicy, nie zobaczysz w sklepie, ani w mieszkaniu swego sąsiada.
- Właśnie taka była Isi, czyż nie? - Księżna pogniotła kartę i schowała ją do kieszonki swej nowej, żółtej sukni. Falbany zafalowały. Edwin odnosił wrażenie, że strój uszyty jest z promieni słońca.
Księżna pochyliła się i poprawiła czerwone kozaki.
- Ładnie... echem... wyglądasz... - Edwin siedział pod ścianą. Na rękach miał szare rękawiczki.
- Jesteś głupcem Edwinie - Księżna obejrzała swoje dłonie, które na zawsze straciły kolor. - Teraz będę mogła zadawać ci jeszcze więcej bólu. Ale najpierw... Chciałam się o coś zapytać. Czy ona naprawdę ci smakowała?
Edwin przyjrzał się Księżnej. Zauważył, że pomalowała usta szarą szminką. Siwe włosy schowała pod ciemnym kapturem.
- No mów.
- Powiem ci wszystko, pod warunkiem, że mnie wypuścisz.
- Nie ma mowy. Gadaj.
Edwinowi zakręciło się w głowie. Po raz pierwszy od czasu, gdy uwięziła go Księżna, zapragnął powrócić do domu. Tak naprawdę.
- Smakowała - odpowiedział. Jego oczy się zamknęły. Księżna pomyślała, że znowu stracił przytomność. Uklękła przy nim. Wyjęła czerwony flakonik. Pokropiła zawartością jego twarz i ręce. W powietrzu rozniósł się zapach kukurydzy i słonecznika.
- Zaraz odzyskasz przytomność - Księżna się uśmiechnęła. Wyjęła z kieszeni fragment karty. Wyprostowała go i spojrzała na obrazek.
- Jakie jest twoje marzenie, Edwinie?
- Cofnąć czas.
Świat zawirował. Edwin zapadł się w sen.
***
Panienka leżała przysypana kartami i płatkami. Przekręciła się na bok i zamrugała swymi szarymi powiekami.
Edwin stał przed nią. Oglądał udarta kartę. Dama tak ładnie się do niego uśmiechała. Uśmiechała?
Puste oczy. Długie włosy. Dziwna suknia. Uśmiech.
Panienka otworzyła oczy, ale nie odwróciła głowy.
- Co zrobiłeś z moimi kolorami? - zapyatała. Spojrzała na swoje szare dłonie.
- Nic. Po prostu je zabrałem.
Panienka nie miała siły by płakać. Panienka nie wiedziała co się z nią stało. Panienka nie pamiętała.
- A... a oddasz mi je?
- Hmmm... - Edwin spojrzał na kartę jakby chciał, żeby dama trefl odpowiedziała mu na to pytanie. Ale dama trefl milczała. Trzymała swoją dziwną maskę. Czarująca dama. Ładna dama. Pachniała utraconym pięknem. Wszyscy ją lubili. Dlaczego? Ponieważ dama była amuletem. Pomagała grać.
- No więc... Mam taką propozycję...
- Słucham? - panienka podkuliła nogi. Otarła łzy. Szare płatki zawirowały wokół niej. - Wyszłam z domu, żeby popatrzeć jak odchodzi lato. No..., ale mi się nie udało. Co to za propozycja, proszę pana?
Edwin się uśmiechnął. - Mogę ci zwrócić jeden, tylko jeden kolor.
- A jaki?
- Jaki zechcesz.
Po policzkach panienki spłynęły kolejne łzy.
- No? Jaki chcesz? Jaki?
- Różowy? Może być różowy?
Edwin odwrócił się i otworzył drzwi. Spod szarego płaszczyka wynurzyła się różowa Kotka.
- Tak dobrze? O taki różowy ci chodziło? Z czasem zwrócę ci całą resztę, obiecuję, ale... nie teraz.
Kotka miauknęła. Jej oczy były pełne rozpaczy.
- No... Isi nie płacz. Dałem ci mały bonus w postaci niebieskich oczek. Z czasem będziesz mogła mówić. Taki efekt uboczny, no wiesz... To wszystko, a teraz... - Edwin uchylił drzwi jeszcze szerzej. Do środka wpadło żółtawe światło z klatki schodowej. - SIO!
Spłoszona, różowa Kotka wybiegła z mieszkania. Wpadła w panikę. Błąkała się po kamienicy, aż w końcu dozorca wypędził ją na zewnątrz.
ZA SZKODY WYRZĄDZONE PRZEZ DZIECI ODPOWIADAJĄ RODZICE.
Takie coś wisi na każdej klatce. Na każdej porządnej klatce schodowej.
CISZA NOCNA OBOWIĄZUJE W GODZ. 22.00 - 6.00.
Och... Jak to boli, prawda? Jak to boli... Nie lubisz ostrych słów.
Nie lubię ostrych słów.
Był jeszcze jeden napis, ale Kotka go nie przeczytała. Być może nie zdążyła. Być może wcale nie chciała go czytać.
***
Właściwie to co się stało... POTEM? Edwin nie pamiętał. Wiedział tylko, że różowa Kotka przychodziła do niego codziennie i prosiła, by oddał jej kolory. Była głupia.
Później Edwin znikł.
Kilka lat po tym wydarzeniu kamienica się zawaliła.
Ale panienka nie zapomniała. Nie zapomniała o obietnicy.
Na gruzowisko porośnięte różowymi kwiatuszkami przychodziły czasem inne kotki. One wiedziały, że czekanie nie ma sensu.
Chwila naiwności. To wszystko. Strzeż się, jeśli chcesz żyć.
***
Kotki zebrały się na gruzowisku. Były smutne. Nie mogły nic zrobić, prawda? Nie wiedziały gdzie jest ich pan. Nie płakały. Dlaczego? Chyba po prostu nie miały na to siły. Wzniosły główki w stronę słońca. Zobaczyły różowe płatki sypiące się z nieba.
Potem odeszły - każda w inną stronę. Widziały je tylko zimowe kruki szybujące po białym niebie.
PSY WYPROWADZAĆ NA SMYCZY I W KAGAŃCU.
O tak. Niespełnione obietnice bardzo bolą, prawda?
***
Edwin otworzył oczy. Po raz ostatni. Nie było szarych korytarzy, szarego sufitu, podłogi i ścian.
- Hmmm... Może jeszcze kiedyś się spotkamy? - głos Księżnej wśród karłowatych drzewek i seledynowego gaiku.
- O co chodzi? - zapytał Edwin. Rozejrzał się po okolicy, ale Księżnej nie było.
- No przecież mnie prosiłeś. Chciałeś żebym cię wypuściła. A bóstwa nie są głuche na prośby.
Zielona trawa. Słońce przeświecające przez liście. Miękki mech, korzenie i ciemne dziuple. Gdzie jestem?
- Kolory. Odszukaj drogę.
Edwin pokręcił głową. Nic nie rozumiał. Dopiero teraz zauważył, że w ręce trzyma przedartą kartę. Obydwie części. Czyżby... wygrał?
- Uciekaj - smutny, bezbarwny głos Księżnej. - Uciekaj. Odszukaj drogę. Szybko.
Koniec.