COWBOY BEBOP #1
Konia z rzędem temu, kto jeszcze nie wierzy w inwazję mangi na Polskę. Wszak dziś coraz trudniej o wymienienie mangowych tytułów (przynajmniej tych najbardziej znanych), z którymi nie miał jeszcze do czynienia polski czytelnik. Zresztą, wymieniać bynajmniej nie ma sensu, bo lista takowa szybko uległaby dezaktualizacji i wyszłoby, że znowu mam rację ;).
Przejdźmy więc od razu do bohatera tej recenzji, komiksu "Cowboy Bebop", a więc słynnego (w Polsce, głównie za sprawą kanału Minimax i jego bloku anime) dzieła Hajime Yatate (scenariusz) i Yutaki Nanten (grafika) o grupie ekscentrycznych łowców głów. Sprawa jest prosta: przestrzeń kosmiczną przemierza statek o nazwie Bebop, który stanowi kwaterę główną czwórki łowców - Spike'a (fascynat Bruce'a Lee), Jeta (eks-glina), Faye (smakowita ślicznotka) i Ed (nastoletnia hakerka). To tu bohaterowie zbierają informacje o swoich przyszłych celach, czyli "głowach", za które różni ktosie wyznaczyli bajońskie sumy pieniędzy i stąd wyruszają na łowy. Oczywiście, każdą wyprawę poprzedzając sprzeczkami i wycwaniakowaniem całej reszty, no i wyrównaniem szkód dokonanych podczas minionych wypadów w teren. Zwariowane przygody łowców zostały przedstawione w kilku osobnych rozdziałach - z tych ciekawszych należy wymienić opowiadanie, w którym, by dotrzeć do kolejnej "głowy", Spike musi dać się zamknąć w więzieniu. Robi się śmiesznie, ponieważ "głowa" okazuje się homoseksualistą napalonym na wdzięki przystojnego karateki, a w dodatku zleceniodawca przedsięwzięcia to cwaniak pierwszej wody.
W ogóle mandze "Cowboy Bebop" trudno odmówić znamion komedii (Faye ma cięty język, Faye ma cięty język, Faye...). Nie tylko zresztą komedii, bo komiks trudno zaliczyć do jednego konkretnego gatunku. To wypadkowa s-f (akcja komiksu rozgrywa się w okolicach Marsa), komiksu detektywistycznego (żeby dorwać "głowę", najpierw trzeba ją wyśledzić, a to czasem nie takie łatwe) i przede wszystkim komiksu akcji, gdyż nie brakuje tu strzelanin i bijatyk (kurcze blade, zapomniałem dodać, że Spike jest nie tylko miłośnikiem sztuk walki, ale i ich praktykantem). Fabułki poszczególnych historii są proste i sympatyczne, nie ciągną się jak guma w gębie, lecz cieszą dynamiką, choć nadmiernej powagi to w nich nie uświadczysz (polecam zwłaszcza "Postscriptum" od autorów...). Rysunki charakteryzują się typowo mangową stylistyką, czyli dużymi oczami, cycatymi kobietkami o rysach czternastolatek, bujnymi uczesaniami (daję słowo, Spike ze swoją fryzurą byłby niezły w roli mopa) i kanciastymi zarostami (Jet musiał parę razy zaciąć się przy goleniu ;)). Nie zmniejsza to faktu, iż kreska jest niezwykle sympatyczna, jednakże ja osobiście wolę bardziej realistyczny sztafaż - "Akira" czy "Eden" to moje typy - a przynajmniej większą dozę oryginalności w sferze rysunku. W każdym razie komiks dobrze się czyta (tradycyjnie od tyłu ;)) i dla tych, którzy lubią mangi suto zakrapiane dowcipem, to pozycja jak znalazł.
Wydawca: J.P. Fantastica; Autorzy: Hajime Yatate, Yutaka Nanten; Cena: 16 zł
USAGI YOJIMBO #5: OSTRZE BOGÓW
Niezbyt urodziwa okładka nowego albumu o Usagim oraz kilka sympatycznych "zwierzaków" na niej, to skuteczna antyreklama, która tylko podbuduje tych, co uważają komiksy za przejściówkę między becikiem, a wiekiem prawie dorosłym. Tymczasem przygody Usagiego nigdy nie cierpiały na kompleks kleiku Bobo i z całą pewnością nigdy w niego nie popadną - czytając "Ostrze Bogów" tylko uświadczyłem się w tym przekonaniu. Album ten jest póki co najbardziej poważną i dojrzałą opowieścią o długouchym samuraju, jednocześnie zaś największym pełnometrażem (ponad 240 stron!), jaki zagościł w tym cyklu w Polsce. Wieje od niego nastrojem przemijania i śmierci, która stanowi przecież nieodłącznego towarzysza każdego samuraja, opatula sugestywnością klimatów feudalnej Japonii i tyleż fascynującą, co przerażającą mitologią kraju, w którym nawet kraby noszą dusze umarłych wojowników. Motywem przewodnim komiksu są poszukiwania zaginionego przed wiekami mitycznego miecza nazwanego Pożeraczem Traw (pięćdziesięciostronicowy prolog wprowadzający w wydarzenia, to prawdziwe arcydzieło klimatu), jednego z bezcennych insygniów władzy, z którym los przypadkiem brata Usagiego. Miecz ściąga na jego głowę masę kłopotów, ale też całe mnóstwo intrygujących przygód, dostarczając wiele (na pewno więcej niż życzyłby sobie sam bohater) okazji do udowodnienia biegłości w sztuce władania mieczem.
Autor postanowił odświeżyć ponadto parę wątków rozpoczętych w poprzednich albumach, prezentując dalsze losy Sanshobo i jego klasztoru, rolnika Ike czy mrocznego wojownika Jei, niektóre z nich rozwiązując definitywnie, niektóre jeszcze bardziej podsycając. Jedno co trzeba wiedzieć przysiadając się do "Ostrza Bogów", to to, że nie jest to opowieść, do której warto zabierać się ot tak sobie, poszukując chwili wytchnienia. Potrzeba do niej specjalnego nastawienia, bardziej refleksyjnego niż radosnego, najlepiej podsycanego fascynacją kulturą Japonii i samurajami. I, na litość boską, nie odkładajcie tego komiksu na półki księgarskie zniesmaczeni "dziecięcymi" rysunkami (to tylko jeden z przemyślanych środków wyrazu autora!!!), bo tym samym pozbawiacie się szansy zapoznania z największą perełką komiksu, jaka wypłynęła w przeciągu kilku ostatnich miesięcy. Nie bez powodu przecież album w 1999 roku został laureatem nagrody Eisnera. Nie bez powodu, mówię Wam.
Wydawca: Egmont Polska; Autor: Stan Sakai; Cena: 24.90 zł
LEONARD
#2: LEONARD NADAL JEST GENIUSZEM!
#3: TO JUŻ JEST COŚ!
"Leonard" jest kolejną całkiem wdzięczną pozycją humorystyczną dla dzieci, która pojawiła się w naszym kraju na licencji Francuzów. Tytułowy bohater to typ szalonego i raczej nie narzekającego na brak wyobraźni naukowca, dniami i nocami klecącego prototypy różnych cudactw i dziwów, wariacka karykatura słynnego Da Vinci. Wiernie asystuje mu przygłupawy uczeń - uczynny "wypróbowywacz" i "oblatywacz" dzieł mistrza, lecz z racji, iż są to zawody wiktymne, nie należy mu zbytnio zazdrościć. Każdy album cyklu zawiera po kilkanaście krótkich (czasem jednostronicowych), sympatycznych, a nawet i dość śmiesznych (jeśli rozpatrywać je w kategorii przeznaczonych dla najmłodszych) historyjek. Narysowano je prostą kreską, która bez problemu trafi do najmłodszych. Z poziomem dowcipów bywa różnie, ale ogólnie nie można narzekać, gdyż jest z czego się pośmiać. "Leonard" na pewno nie jest tytułem, dla którego warto rezygnować z bardziej znanych komiksów, jednak na imieninowy prezent dla młodszego rodzeństwa pasuje jak ulał. Na pewno nie przysporzy bólu paluchów.
Wydawca: Podsiedlik, Raniowski i Spółka; Autorzy: Turk, de Groot; Cena: 15.90 zł za album
DYLAN DOG #8: PARTIA ZE ŚMIERCIĄ
Seria "Dylan Dog" to prawdziwy fenomen na rynku. Niby kryminał, niby lekkie s-f, niby horror i niby słownik najbardziej zjadliwych powiedzonek, ale póki co nie daje się jednolicie zaszufladkować pod żadnym z tych mian. I wbrew pozorom nie jest to żenująca sztampa w stylu przychodzi Sherlock Holmes do podejrzanego i go zjada, lecz prawdziwie wyrafinowana zabawa z konwencją grozy, coś w rodzaju popiwnego capszytku z koszmarami. Genialny Claudio Chiaverotti (znakomity następca Tiziano Sclavi) opowiada tym razem trzymającą w napięciu historię o partii szachów, którą niedawno zmarły rozgrywa ze Śmiercią. To jedyny sposób by powrócić do świata żywych, niezmiernie kosztowny, bo w zamian za każdą zbitą figurę Śmierć zabiera życie kogoś bliskiego, ale nie istnieje żaden inny. Oczywiście, można w ten sposób osiągnąć także nadprogramowe korzyści. Jakie? Tego nie zdradzę, powiem jedynie, że patowa sytuacja przerasta nawet samego "detektywa mroku". Czarno-biała maniera, w jakiej utrzymywana jest seria, konsekwentnie podkreśla powagę treści, choć nie bezwzględną, bo przecież uszczypliwe dowcipy Groucho, ekscentrycznego asystenta Dylana, sprawiają, że rechoczemy niezależnie od nastroju. Tak, "Dylan Dog" to niezwykły komiks, trudno się o nim mówi, ale znakomicie go czyta. Nowy rysownik, Corrado Roi, rysuje mocno realistycznie i sugestywnie, wiedzcie tylko tyle - na pewno nie warto sugerować się słabą okładką autorstwa Angelo Stano. W tej przygodzie na pewno warto uczestniczyć, zresztą w każdej przygodzie Dylana warto. ;) Nasza rekomendacja! A nawet i dwie!! ;)
Wydawca: Egmont Polska; Autorzy: Claudio Chiaverotti, Corrado Roi; Cena: 11.90 zł
KAZNODZIEJA #4: ŁOWCY
Prosto z rodzinnego spotkania w Angelville Jesse i ferajna robią balangę w San Francisco przy okazji dając po głowie dla lokalnego zboczka o zdecydowanie prowokacyjnej ksywie - Jesus De Sade. Ale Jesus bynajmniej nie jest jedynym problemem Tego, Który Włada Słowem Bożym... To tyle z fabuły, ja Wam tylko powiem, że się doczekaliśmy. Doczekaliśmy (niektórzy mogą czytać: doigraliśmy), bo "Łowcy" to pierwszy album z Ennisowskiego cyklu, któremu można wytknąć... komercję! W dobrym stylu, ale komercję. Te wszystkie słowa na "k", "h", "s", całe to szafowanie przemocą to po prostu kontynuacja tego co było do tej pory - nic mniej, nic więcej plus epizodyczna (ale jakże charakterystyczna i świetna) postać pana De Sade. Ogółem nazywając rzecz po imieniu: Ennis polał sporo wody, a my ją spiliśmy i prosimy o więcej, ale w tak charakterystycznym dla trzech pierwszych tomów stylu, traktując "Łowców" jako epizodyczną przygodę. W każdym razie poczytać warto, pytanie tylko czy ktoś coś z tego komiksu istotnego zapamięta, bo ja na drugi dzień po lekturze wiedziałem, że Jesus to prawdziwy świr, ale reszta... Reszta była zapomnieniem. Milczeć mi się nie chciało, czego macie rezultat.
Wydawca: Egmont Polska; Autorzy: Garth Ennis, Steve Dillon; Cena: 24.90 zł
: do góry :
| |
WAYNE SHELTON #2: ZDRADA
Po raz kolejny nie wiem, co takiego pan Tomasz Kołodziejaczak znalazł w tym komiksie poza nazwiskiem Van Hamme sygnującym ów tytuł, że postanowił uraczyć tym swoich rodaków. Seria o losach byłego wojaka parającego się "imposibel miszynami", w tym przypadku wyrwaniem z niewoli nieszczęsnego kierowcy, któremu stopa się pośliznęła w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie i teraz siedzi w sowieckim odpowiedniku Alcatraz. Przy okazji ograny motyw: grupa starych kumpli gra na nosie całej rosyjskiej mieścinie (wliczając w to lekarzy, pielęgniarki, miejscowego szefa policji i kogoś tam jeszcze). Ale gdzie tu dynamika i świeże pomysły, gdzie dobry rysunek, a wreszcie gdzie geniusz Van Hamme??? Aż człowieka krew zalewa, że ten sam scenarzysta może tworzyć świetne przygody XIII-tki, średnio dobre perypetie Largo Wincha, a z "Wayne Shelton" uczynić takiego średniaka, że aż nie przystoi artyście o tej renomie.
Teraz zabawię się w złego proroka i powiem tyle: na razie seria mnie niczym nie zachwyciła i nie liczę, iż uda jej się w przyszłości - to kolejny sensacyjno-przygodowy przeciętniak jakich mamy już wystarczająco dużo na rynku (vide: "Błękitna Jaszczurka", "W Kręgu Podejrzeń"). Jak dla mnie za dużo. Dlatego nad "Wayne Sheltona" wolę znacznie mniej ambicjonalnego "Lexa", a co mi tam...
Wydawca: Egmont Polska; Autorzy: Jean Van Hamme, Christian Denayer; Cena: 18.90 zł
MIASTO GRZECHU #4: KRWAWA JATKA
Tytuł komiksu (wprawdzie trochę strawestowany, gdyż w oryginale brzmiał "The Big Fat Kill"), czyli "Krwawa Jatka", najtrafniej oddaje to co się dzieje na jego ociekających krwią stronicach. Dwight McCarthy, który po raz pierwszy dał się poznać w albumie "Girlsy, Gorzała i Giwery", wyczynia tu istne cuda, by nie dać się zabić, jednocześnie starając się odesłać w zaświaty jak najwięcej tych, którzy próbują odesłać jego. W tej rzeźni nie jest odosobniony - wiernie asystują mu łapczywe na przemoc i seks, a najlepiej na jedno połączone z drugim, panienki ze Starego Miasta, w tym niekwestionowana mistrzyni fachu - diablica-ninja o imieniu Miho. Cała sprawa rozchodzi się o głowę pewnego gliniarza (uściślijmy: o obciętą głowę pewnego gliniarza), który utracił ją trochę na własne życzenie. Gdy owa głowa dostanie się w ręce policji, wszelkie układy, jakie dawno temu panienki zawarły z gliniarzami, staną się lekko nieaktualne, a to ostatnia rzecz jakiej potrzebuje teraz Stare Miasto. Dlatego Dwight musi robić za bohatera i rozwalać, żeby nie zostać rozwalonym.
Psi żywot, ale nie można powiedzieć, by mu się nie podobał. Mnie się też podoba, tyle że nie jego żywot, a cały komiks, któremu nie sposób odmówić interesującego, acz dość prostego, zawiązania akcji i sposobu jej poprowadzenia (ani się obejrzałem, a zawędrowałem na ostatnią stronę. Buu, chcę jeszcze!) - mamy tu kilka gwałtownych hitchcock'owskich trzęsień ziemi, kilka trochę mniejszych wstrząsów chandler'owkich (raczcie zauważyć, że Dwight lubuje się w ubieraniu prochowca) i co najmniej jedno wielkie "ach!" wywołane nieskazitelnie klimatycznym, choć nie zawsze super pięknym rysunkiem Millera. Zresztą, właśnie to cenię u Millera, że nie stara się przesadnie uperfekcyjniać swoich komiksów - jego bohaterowie potrafią być brzydcy, czasem wręcz odpychający, także jeśli chodzi o kwestię rysunku. Autor jakoś nie sili się na robienie komiksu ambitnego (tfu, co za wyświechtane miano!), lecz wyraźnie podąża szlakiem amerykańskiej komercji, w której duzi i twardzi panowie leją (o ile dadzą radę, bo jak nie to jest odwrotnie) jeszcze większych i twardszych panów. I to jest właśnie najbardziej chłodne w "Mieście Grzechu" - to jak często i na ile setek wyszukanych sposobów tacy panowie mordują się i wyrywają sobie flaki. A że bardzo często Miller rzuci jeszcze jakimś świetnym pomysłem (rozwalił mnie Dwight nawijający w samochodzie z trupem) czy przyprawiającym o mrowienie na plecach monologiem... Krótko: jest bardzo chłodno, wieje i zachwyca, przed przeczytaniem zaleca się ubranie kozaków i płaszcza. Najlepiej oczywiście kowbojek i prochowca, a pod niego jeszcze kilka grzmiących niespodzianek.
Wydawca: Egmont Polska; Autor: Frank Miller; Cena: 25 zł
HELLBOY #6: PRAWA RĘKA ZNISZCZENIA
Najbardziej przerażające w historiach (zarówno tych długich jak i krótkich) z Hellboyem jest to, że ich twórca zawsze ma pomysł na ukazanie danej historii, a co gorsza (w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa) zawsze robi to w ten sam sposób - wykorzystuje stare podania i legendy z różnych stron świata, przebiera je w mrok, okrasza sporą szczyptą czarnego humoru i nigdy nie pozwala nasycić się nimi do końca (czyli nigdy nie odkrywa wszystkich kart, stając się tym samym mniej komercyjną wersją Chrisa Cartera). Prawdziwy geniusz nad geniusze, którego geniusz można wytłumaczyć tylko na jeden sposób: ten facet musi mieć konszachty z diabłem. A "Prawa Ręka Zniszczenia" zaserwowana nam tradycyjnie przez Egmont to nic innego jak wydanie zbiorcze 8 niezwykle klimatycznych historii z podziałem na szczenięce lata, wiek średni oraz czasy dzisiejsze.
Mamy tu więc do czynienia z Hellboyem-dzieckiem (vide: humorystyczna dwustronicówka "Placuszki" o dzieciństwie Hellboya przeznaczoną dla tych fanów twórczości Wielkiego Mike'a, którzy odpowiednio wcześniej przed lekturą "zaopatrzyli się" we własnych milusińskich), nieco starszym Hellboyem (ot, choćby jedna z najlepszych krótkometrażówek jakie ostatnio miałem okazję czytać, w dodatku z akcją osadzoną w Japonii - "Głowy") i obecnie egzystującym Hellboyem borykającym się z ciągle powracającymi problemami własnej genezy ("Szkatułka Pełna Zła"), a także pochodzeniem swojej kamiennej ręki ("Prawa Ręka Zniszczenia"). Każda historia jednakowo przemyślana, każda klimatyczna, każda jednakowa dobra. Jeśli tylko istnieje życie po śmierci i możliwość ponownych narodzin to ja chcę tylko jednego - odrodzić się z umysłem Mike'a Mignola. Inaczej nie widzę...
Wydawca: Egmont Polska; Autor: Mike Mignola; Cena: 24,90 zł
LORNA #2: LEWIATAN
To już drugie spotkanie z erotyzującymi (choć bez fajerwerków) przygodami ponętnej (choć z pewnością nie dla wszystkich) Lorny, tym razem śpieszącej na ratunek dwójce swoich robotów, a przy okazji biorąc udział w polowaniu na gigantyczne morskie stworzenia zwane Dikmokami. Nie obeszło się oczywiście bez pokazania tego i owego, i robienia różnych mniej lub bardziej przyjemnych (i przyziemnych) rzeczy. Nie napiszę nic innego niż przy recenzji pierwszego tomu: mimo iż space opera to gatunek dla wybranych (czyli nie dla mnie), mimo iż rysunki Azpiri są nieco statyczne i loiselowskie (a jednocześnie piękne), to "Lornę" czyta mi się nad wyraz dobrze i szybko. Może nie za wiele tu finezji i nie wszystkie pomysły grzeszą oryginalnością, ale na pewno warto przeczytać i zaakceptować bądź odrzucić. Chociaż nie wiem czy w tym jednym przypadku rezygnacja z "Lorny" na poczet takiego, dajmy na to, "Wayne Shelton" wyjdzie komuś na zdrowie... W każdym razie ja tu jeszcze zostaję.
Wydawca: Egmont Polska; Autor: Alfonso Azpiri; Cena: 18.90 zł
PRODUKT # 4/2003 (18)
Wisus Śledziu donosi we wstępniaku, że "Produktowi" stuknęła osiemnastka i faktycznie jakby ten cały stos makulatury z szafy podliczyć, to wyszłoby ni mniej, ni więcej to samo. Szczęśliwie w zawartości magazynu powagi dorosłości nie widać - nadal jest krzywo, bajerancko i z młodzieżowym szpanem, a to lubię. Oczywiście, pełnoletniość "Produktu" ma wielką zaletę, albowiem dorosłemu magazynowi wolno pluć gdzie się zechce, rzucać mięchem w każdą kieszeń i każdej napotkanej panience biust zlustrować. Dobra, tyle z kwestii świeczek na torcie, pora rzec o zawartości, która jest... jak zwykle dobra. Śledziu i inne produktywne persony po prostu wyrobiły sobie konkretną stylistykę, którą konsekwentnie kultywują. Jedyne wyraźne zmiany dotyczą graficznej sfery prac - chłopaki eksperymentują i wymieniają się seriami ile wlezie, co uważam za zabieg jak najbardziej na miejscu, ponieważ monotonia to najgorsza sprawa, jaka może przytrafić się każdemu dobrze rozpoczętemu serialowi.
Co można powiedzieć o poszczególnych komiksach? "Niedźwiedź'78" załapał trochę poważniejszego tonu, bujdy o utraconym dzieciństwie i takie tam mocno życiowe pierdoły. Zwraca uwagę sprawna grafika Kurta. Plastycznym majstersztykiem jest kontynuacja "64 Gigabajtów Pożądania" z cyklu "Mondo & Dab" - niby rysuje Śledziu, ale jego styl zgoła różni się od tego, co prezentował dotychczas. Kreska zyskała szalonej ekspresji komiksów amerykańskich (cykl "Clerks" wiadomo kogo) i hurtowej ilości kantów - całość wygląda śliczniutko. Według mnie to najładniejszy komiks tego "Produktu". O drżenie pikawy wprawia kolejny odcinek rewelacyjnej "Josephine" Clarence'a Weatherspoona - klimatycznie to wielka ucieczka od zdeprawowanej twórczości Produkt Crew w kierunku mroku i demonów za kominkiem. Miło wiedzieć, że Polacy nie gęsi i swojego Hellboy'a mają. Nie mogę doczekać się pełnoprawnego albumu, na pewno będzie soczysty. Z innych perełeczek warto wymienić "Redaktora Szwędaka", w którym Dąbrowski robi sobie zgrywy z Cool Kids of Death oraz oczywiście kochanego, butnego Wilqa w krótkim, acz walecznym epizodzie autorstwa eminencji Minkiewicza.
Reszta komiksów także trzyma poziom, choć wzruszyły mnie one znacznie mniej niż wymienione wyżej. W sferze publicystycznej "Produkt" trochę się skomercjalizował - teksty trzymają poziom (chętnie poczytałem sobie o zblazowanym facecie imieniem Ed nazwiskiem Wood), ale brakuje im dawnej łobuzerii, którą cenię bardziej niż profesjonalizm. Rzecz jasna, to sprawa gustu, jednak więcej mięsa w lodówce zawsze wygląda lepiej, neh? Ogólnie rzecz biorąc "Produkt" należy kupić i ucałować w sam środek (wypadnie na kolorowym plakacie Osiedla...), bo jakoś nie widzę, żeby ktoś mógłby pożałować tego nabytku.
Wydawca: Niezależna Prasa; Autorzy: różni (kwadratowi i podłużni ;)); Cena: 9.99 zł
ŚWIAT KOMIKSU #32
Kolejny, nazwijmy go marnotrawcą papieru, numer "Świata Komiksu" nie zachwyca - nie dość, że objętość magazynu jest na tyle mała, że wykorzystać ją można co najwyżej do promocji wypuszczanych systematycznie na rynek albumów komiksowych, co Egmont zresztą czyni, to jeszcze serwuje się nam po raz kolejny Azpiriego (jakbyśmy mieli z nim styczność po raz pierwszy) w erotyzującej fantasy zatytułowanej "Umowa", krótkometrażówkę z Gailem Piotra Kowalskiego (ci co chcieli już się na sadze o "Gail" poznali, więc nie wiem czy nie lepiej byłoby promować coś zgoła nowego), a także dwustronicówkę duetu Śmiałkowski/Kułakowski pod tytułem "O co chodzi?". A na okrasę kilka tesktów (jak zywkle ciekawych - m.in. o wszechświecie Incala oraz o Vampirelli ) plus tradycyjne wieści i recenzje. I wsio. Jak dla mnie mało i trochę niepotrzebnie, tym bardziej że taką zawartością "Świat Komiksu" nie dostąpi zaszczytu zdobycia nowych czytelników, a co najwyżej odstraszy niedobitki starych. I po kiego grzyba patetyczne hasło na okładce: "Najlepsze polskie i zagraniczne komiksy", ha?
Wydawca: Egmont Polska; Autorzy: różni; Cena: 4.90 zł
Przeczytali, przeanalizowali i recenzjami uraczyli:
|