:: k o m p u t e r ::   :: m u z y k a ::   :: f i l m ::   :: c z y t e l n i a ::  
  :: w w w . z a l o g a g . n e t ::  
 

 
  86  
C Z Y T E L N I A
  poprzednia strona : spis tresci : następna strona 
 


Fabrice Colin - Na zdrowie
 
r e c e n z j a

Jeśli jest coś śmiesznego w książce "Na zdrowie", to znaczy, że u mnie poczucie humoru jest już w formie szczątkowej. Może to dlatego, że nie bawi mnie francuskie naigrywanie się z Anglików? Nie wiem, to byłby pewnie powód. Odwieczna niechęć między sąsiadami z dwóch stron kanału La Manche jakoś mnie nie porusza. Pewnie książka wywołała taki entuzjazm nad Sekwaną właśnie z tego powodu, ale co Polakowi do tego? Chyba może zainteresować tylko ludzi którzy uwielbiają pratchettowski humor tak bardzo, że nawet będą siegać po jego imitacje. Albo francuzofilów, a tych w Polsce na palcach jednej ręki policzyć można. Albo anglofobów - z tym już lepiej. Nie wiem - nie bawią mnie rozważania głównego bohatera nad samobójstwem, ani odwrócenie typowego kanonu fantasy w którym bohaterowie zawsze byli najlepszymi z najlepszych, a w tym wypadku są największymi nieudacznikami z nieudaczników.

Chyba jednak jestem zniechęcony do tego typu humoru: absurdalnego, w którym wszystko może się zdarzyć. Owszem czasami znajdują się tu gagi które wydają się zabawne nawet nie-francuzowi, ale są to tylko gagi. Człowiekowi w głowie pozostaje tylko pustka zaraz po przeczytaniu książki. Nie wiem może nawet się zaśmiałem kilka razy, ale co dalej? Zapomnę ją dość szybko. Lektura jest taka łatwa i przyjemna, niby żadnych grud, poza malutkimi wpadkami wynikającymi z niedokładnej korekty. Ta książka nie stoi na tak wysokim poziomie jak Monthy Python, jest za to napędzana rozważaniami o ultrakonserwatystach i konserwatystach w parlamenicie, i 400-funtowej królowej opetanej przez diabła i z naigrywania się z tego, że dla Anglików Londyn jest centrum wszechświata, a poza nim nic się nie znajduje - przyganiał francuski kocioł angielskiemu garnkowi.

Więc - widzicie - niespecjalnie wierzę w tą książkę. Gdybym chciał zmusić się do poszukiwania jej zalet - pewnie bym kilka znalazł. Ale tak naprawdę są to triki wypatrzone u innych autorów. Motyw świadomości u bohatera, że jest tylko częścią książki obrabiał już doskonale Huberath w "Gnieździe światów". Może dla francuza bohater który nagle zaczyna rozumieć swoją służebna rolę to zaskoczenie, dla mnie niespecjalne.

A może wymagam od tej książki zbyt wiele? W sumie ma być gumą do żucia dla umysłu, po prostu żeby coś trawić, na czymś zawiesić uwagę. Może nawet bawić. Ale naprawdę jak dlamnie jest wyjęta z innej rzeczywistości kulturowej. Nie wiem jakich zabiegów musiałby dokonać tłumacz, aby książka była zabawna.




: do góry :


Najpewniej dokonać lokalizacji ingerującej w jej treść tak daleko, że zamiast czterysto-funtowej królowej siedziałby na tronie czterystofuntowy kanclerz rzeszy gmin miejskich. Trzeba by było standartowo wstawić kilka dowcipów z kultowego "Misia", z kultowej "Seksmisji", z kultowego "Rejsu". Wtedy wyszłoby cos dla polskiego czytelnika atrakcyjnego, interesującego. Ale jak bardzo książka musiałaby się zmienić? I jak bardzo autor - którego płci nie jestem w stanie rozszyfrować bo u francuzów mi się to nigdy nie udało - mógłby powiedzieć - to moja książka?

Nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem. Proszę państwa nie wiem, dlaczego ta książka tak bardzo nie trafiła mi w gusta. Może jestem uprzedzony bo i Pratcheta zdrowo i szczerze niecierpię. W ogóle nie znoszę postmodernistycznego splebsiałego bełkotu. Książek pozbawionych wartości, unikających zadawania sobie twardych i jasnych pytań, mających za zadanie jedynie być zlepkiem słów, które mogą wywołać uśmiech na twarzy czytelnika. Takich książek odnotowałem w moim zyciu bardzo, bardzo wiele i żadnej nie pamiętam. Ale wiecie co mnie jeszcze zastanawia? Mój współlokator szczerze się nad nia uśmiał. Od tygodnia zachodzę w głowę: dlaczego?

A jednak pewną emocję książka wywołała we mnie dosyć sprawnie. Złość. Że można tak głupio, tak bez sensownie i przy takiej silnej uciesze gawiedzi nabijać się z innego kraju. Pomyślałem też, że Polaków Fabrice Colin zostawił/a sobie na deser. Niech się nim udławi.



Vesemir
NAPISZ

 
  
  
Copyright (c) 1998-2004 Załoga G
  poprzednia strona : spis tresci : następna strona