| |
"...o tym, jak za moimi postaciami wykuwam piękne groty; sądzę, że właśnie w ten sposób wyrażam to, czego pragnę: człowieczeństwo, humor, głębię. W zamyśle groty powinny się łączyć, a każda wyłaniać na światło dzienne w teraźniejszej chwili"
| |
Zanim zaczęłam pisać ten artykuł, długo myślałam, którą książkę powinnam polecić na tzw. pierwszy ogień. Zawsze uważałam, że najważniejszy jest początek. Wstęp, pierwszy rozdział, pierwszy felieton danej serii. Z wiekiem przekonałam się, że najważniejsze jest zakończenie. Dlaczego właśnie końcówka jest czymś, na co powinno zwracać się największą uwagę? Gdy czytam książki, zawsze zastanawiam się, czym zaskoczy mnie autor. Jego dzieło oceniam po zakończeniu. Felietonistów po tym, jak żegnają się z czytelnikami, co chcą im przekazać. Krótko mówiąc, albo pisząc, skupiałam się na podsumowaniu dorobku twórczości... Chyba już znalazłam odpowiedź na nurtujące mnie pytanie. Każdy rozdział, esej, fragment czegoś, powinien być taki, aby czytelnik mógł w każdej chwili zaprzestać lektury i móc ocenić autora i jego "dziecko"...
XX wiek. Wielkie miasto, małe miasteczko. Każde miejsce jest dobre, by pokazać coś ciekawego. Coś, co sprawi, że czytelnik nie odłoży książki. Michael Cunningham to wiedział. Pewnie dlatego akcję swojej powieści umieścił w różnych miejscach i czasach. Co mam na myśli? Oczywiście "Godziny".
Wybrałam tę książkę, ponieważ mnie zaczarowała. Czytając, nie do końca wiedziałam, kto jest kim, przez co książka wciągała mnie jeszcze bardziej. Losy bohaterek pięknie się ze sobą przeplatają. Clarissa Vaugham, silna i pełna życia mieszkanka Nowego Jorku. Laura Brown, typowa kura domowa, nieszczęśliwa i zagubiona. Virginia Woolf, pisarka, w której głowie jest więcej głosów, niż w niejednym zespole rockowym. Losy właśnie tych trzech, na pozór niczym nie różniących się od innych, kobiet, pokazują nam, że życie które prowadzimy, zawsze ma jakiś sens, a to, gdzie i kiedy żyjemy, jest względne. Sam autor pisze o swojej książce:
: do góry : | |
"Chociaż Virginia Woolf, Leonard Woolf, Vanessa Bell, Nelly Boxall i inne autentyczne postacie występują w tej książce, jako fikcyjne, starałem się oddać jak najwierniej szczegóły w ich życia, przedstawić w taki sposób, w jaki mogło ono wyglądać pewnego dnia w 1923 roku, który dla nich wymyśliłem..."
Książka składa się w trzech przeplatających się, jak losy bohaterek, części: "Pani Brown", "Pani Dalloway", "Pani Woolf". Język, jakim posługuje się autor, jest jasny i czytelny. Cunningham nie stosuje na siłę ulepszeń i dziwacznych zwrotów. W żadnym wypadku nie mogłabym powiedzieć o "Godzinach", że jest to przykład przerostu formy nad treścią. Wręcz przeciwnie. Z niecierpliwością śledziłam nowe "przygody" moich bohaterek, ponieważ na kilka dni stały się częścią mnie. Zastanawiałam się, co czuje Clarissa, która opiekuje się chorym na AIDS przyjacielem i stara się na siłę uporządkować życie wszystkich wokół niej, jak gdyby bała się, że w chaosie odkryje jakąś straszną prawdę o sobie i życiu, dlaczego Laura chce się zabić, zamiast podjąć decyzję o rozstaniu z mężem, skąd Virginia bierze siły na dopisywanie kolejnych zdań jej książki.
Katarzyna "kapuHa" Bereza
NAPISZ
|